piątek, 2 lipca 2010

Koniec czy początek?

Tak, stało się. W końcu zdałam ten egzamin. Za dwunastym razem (piszę słownie, bo to nie wygląda tak strasznie jak liczbą i może nikt nie zauważy). Nie mogę w to po prostu uwierzyć. Zdałam! I w dodatku nie popełniłam żadnego błędu.
Nie było łatwo. Oblewałam w różnych sytuacjach, ale najczęściej wymuszając pierwszeństwo.
Przełom nastąpił przy przedostatnim egzaminie. Zadzwoniłam przed nim do mojej znajomej, która zajmuje się terapią.
-Beata, coś mam chyba z głową, pomóż mi opanować stres, bo jego poziom jest tak duży, że nie potrafię zapanować nad własnym ciałem - opisałam jej w rozmowie telefonicznej wszystkie symptomy. Mdłości, drżenie rąk i nóg, które uniemożliwia zapanowanie nad pedałami sprzęgła i gazu. Nie oczekiwałam cudu, ale każda pomoc może się przydać. Beata zaproponowała mi kilka ćwiczeń relaksacyjnych, wizualizację i wypracowanie czegoś, co nazwała "kotwicą bezpieczeństwa". Zaczęłam to ćwiczyć. Jeździłam też popołudniami z mężem po rejonie egzaminacyjnym i analizowałam wszystkie sytuacje drogowe. Zapewniłam sobie wsparcie rodziny na egzaminie. Koniec z męczeniem się i zdawaniem po kryjomu. Poprosiłam męża, siostrę i szwagra, żeby byli tam ze mną. I zapisałam się na 11 egzamin. I stał się cud. Po raz pierwszy nie latało mi kolano, nie pociły się ręce, nie chciało mi się wymiotować i płakać. Skupiłam się na tym, żeby rodzina zobaczyła jak ładnie robię wszystko na placu. Potem wyjechałam na miasto i wszystko szło dobrze, dopóki nie wpakowałam się bez kierunkowskazu na lewy pas. Koszmar, nie zrozumiałam polecenia egzaminatora i jak się zorientowałam w tym, to wpadłam w panikę. Do WORDU wjechałam siedząc obok egzaminatora. Mąż był wściekły, nawet nie umiał tego ukryć. Ale siostra powiedziała, że jest ze mnie dumna.
W nocy dostałam ataku jakiejś kolki, potem wyczytałam w internecie, że to mógł być ból spowodowany stresem. Ale zapisałam się na drugi dzień na następny egzamin. Egzamin "ostatniej szansy" bo od przyszłego tygodnia musiałabym zdać powtórnie teorię i znowu wykupić 5 godzin jazdy. Ćwiczyłam intensywnie te ćwiczenia relaksacyjne, starałam się wizualizować zdanie egzaminu.Mało tego, żeby zmniejszyć strach przed egzaminatorami to wyobrażałam ich sobie w sytuacjach ośmieszających ich. Na przykład, że siedzą koło mnie na golasa w dziurawych skarpetkach , albo i piżamie i szlafmycy na głowie. To działa!
Dziś szłam na egzamin z postanowieniem, że jeśli nie zdam, to zrobię sobie dłuższą przerwę. Ja już strasznie zafiksowałam się na te egzaminy. Maniakalnie wręcz, ciągle o tym potrafiłam rozprawiać. Każdą rozmowę potrafiłam sprowadzić do tematu jazdy samochodem i moich problemów egzaminacyjnych. To zaczynało mnie poważnie niepokoić. Ta sytuacja już po prostu trwała zbyt długo. A ja nie dopuszczałam nawet myśli, że mogę zrezygnować. To mój demon, i trzeba go po prosu pokonać. Więc pojechałam dziś na egzamin z mężem. Poprosiłam siostrę o to, żeby przyjechała. Przed egzaminem przejechaliśmy wszystkie niebezpieczne miejsca. Już na placu zrobiłam kilka ćwiczeń oddechowych, zwizualizowałam sobie pozytywny koniec egzaminu i poszłam zdać.
Specjalnie wybrałam do łuku tor, na którym rodzina będzie mnie dobrze widziała. Zrobiłam łuk bez mrugnięcia oka upajając się faktem, że panuje nad swoim ciałem. Potem wjechała spokojnie na górkę, poszło jak po maśle. Dostałam dobrego egzaminatora. Nie jakiś GPS, bez emocji, i ludzkich odruchów, ale ciepły, czujący człowiek. Taki z jakim dobrze mi się porozumiewa. Nie bałam się go. Jeździłam 40 minut i bezbłędnie wykonałam wszystkie polecenia. Sama sobie na głos tłumaczyłam różne sytuacje drogowe. To przestało być w końcu straszne! Dawałam sobie radę. Choć czasem zachowywałam się dziwnie.
-Proszę zawrócić z wykorzystaniem biegu wstecznego - powiedział w pewnym momencie egzaminator. -
Przez moment zwątpiłam. Zawsze kazali mi zawracać z wykorzystaniem bramy wjazdowej, a tu nie ma bramy tylko jest miejsce pomiędzy zaparkowanymi samochodami.
- Jakiś problem? - spytał egzaminator widząc, że się zastanawiam co zrobić.
- tak, tu nie ma bramy wjazdowej - odpowiedziałam
- co to oznacza? - egzaminator był zdziwiony
- no, normalnie, zawsze kazali mi to robić z wykorzystaniem bramy wjazdowej, a tu jej nie ma -
- A gdyby była Pani na trasie , to bez bramy tez Pani nie potrafi zawrócić? Pojedzie Pani na koniec świata, bo nie ma bramy?
Roześmiałam się i bez nerwów mówię:
- To mogłoby być całkiem ciekawe. Pojechać na koniec świata...
No i poradziłam sobie, włączyłam wsteczny, kierunkowskaz i zawróciłam wykorzystując miejsce parkingowe. Wiedziałam już, że tym razem sobie poradzę.
Kiedy wjechałam z powrotem na plac manewrowy to myślałam, że rzucę się temu egzaminatorowi na szyję z radości.
-Zdałam? - spytałam podskakując na fotelu
- No, nie wiem. Z przykrością muszę powiedzieć, że spotykamy się na tym placu po raz ostatni.
Mało nie oszalałam. Skakałam po placu jak jakaś koza machając kartą egzaminacyjną. To niewiarygodne. Zdałam.
Teraz siedzę w domu, piję drugiego drinka i się zastanawiam:
- czy to koniec mojej przygody? A może to dopiero początek. Bo teraz trzeba będzie samodzielnie wsiąść do samochodu. Obok nie będzie instruktora co ma drugi pedał hamulca. Będę musiała zdać się tylko na siebie. Ale wiem, że dam radę. Pokonałam swój strach. Udowodniłam sobie, że mogę jeździć, że potrafię zdać ten egzamin. Teraz zmierzę się z innymi moimi demonami. Pokonam je wszystkie. A za rok umówiłam się z moim siostrzeńcem na kurs jazdy ekstremalnej. To dopiero będzie jazda!