Ciekawe, że zawsze gdy idę na jazdę to pada deszcz. W zimie to jeszcze do tego było ślisko. Dobrze, że już wiosna, przynajmniej tylko deszcz mnie dopada.
Nie mogłam się wprost doczekać dzisiejszej jazdy. Wcale mnie żołądek nie bolał i nie denerwowałam się przed wyjściem z domu. Nawet ten deszcz powitałam uśmiechem na twarzy. A w ostatni wtorek pojechałam z Basią znowu na plac manewrowy. Nie korzystałam już z tego felernego łuku. Sama wjechałam na plac, zajęłam miejsce w kopercie i całą godzinę jeździłam w przód i w tył. Ani razu nie najechałam na linię! Bawiłam się tym manewrem a Basia chodziła po placu i uśmiechała się zadowolona.
- Świetnie pani idzie! Teraz to już pani zda ten egzamin - powiedział na koniec dozorca i uśmiechnął się do mnie. Jak niewiele potrzeba żeby człowieka zmotywować, dodać mu skrzydeł. Wystarczy tylko chwalić. Szkoda, że nie wszyscy potrafią to wykorzystać. Dziś idąc na lekcje nie mogłam się doczekać kiedy pochwale się panu Jurkowi tym osiągnięciem.
Kiedy wsiadałam do samochodu to byłam spokojna, jak nigdy dotąd. Nie zastanawiałam się nerwowo w jakiej kolejności mam przygotować się do jazdy. No, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że byłam rewelacyjna. Oczywiście dzisiaj moje nogi wymyśliły sobie nowe udziwnienie. Samochód zbyt często wył. I minęło trochę czasu nim doszłam co jest przyczyną tego wycia.
- Dlaczego on mi tak wyje? zastanawiałam się
- No, pomyśl trochę - mój instruktor wcale nie okazywał zniecierpliwienia
- No tak, za szybko naciskam pedał gazu, a noga na sprzęgle ciągle w tej samej pozycji - wydedukowałam a instruktor roześmiał się.
- Co za zachłanna kobieta! Chce i sprzęgło i gaz jednocześnie -
Starałam się więc pamiętać o tym, że jak wduszam gaz, to muszę puszczać to sprzęgło. Przecież wcześniej nie miałam z tym problemu. Pan Jurek powiedział, że w domu powinnam ćwiczyć lewą nogę bo jest leniwa, najlepiej na pedale od maszyny do szycia. Fajnie, ostatnio poradził, żebym ustawiła sobie lustro z przodu i drugie za sobą i ćwiczyła z pokrywką w ręku skręcanie, bo nie mogę zapamiętać kiedy auto jedzie w prawo a kiedy w lewo jak jadę do tyłu.
Wyobraziłam sobie jak siedzę w domu przed tym lustrem z pokrywką w ręku, nogą na pedale od maszyny do szycia i ćwiczę. Ale zrobię to, zrobię wszystko żeby w końcu połapać to do kupy. Będę w końcu jeździła, i to dobrze będę jeździła.
Pan Jurek uważnie słuchał kiedy mówiłam z czym mam problemy, a potem ćwiczyliśmy te rzeczy. Tak więc dzisiaj głównie zawracałam. Wiem już, kiedy mam się przy zawracaniu trzymać blisko lewego krawężnika a kiedy robić to "na kolanko" przy prawym. Po raz pierwszy też robiłam hamowanie awaryjne. Bałam się tego bardzo, bo nie wiedziałam jak gwałtownie mnie szarpnie. Nie było tak źle.
- Jest szansa, że zdam ten egzamin do końca maja? - spytałam na koniec lekcji
- Myślę, że nawet wcześniej, może damy radę do końca kwietnia - odpowiedział mój instruktor - jest potencjał, tylko trzeba trochę wytrenować niektóre rzeczy - dodał
- Potencjał? We mnie potencjał? gdybym mogła skakać z radości to bym pewnie skakała.
Wracając do domu opowiadałam z entuzjazmem mężowi, że coraz pewniej czuję się nie tylko w samochodzie ale i na jezdni. Dziś nawet nie wpadłam w panikę jak mi piesi wtargnęli na jezdnię. Zdążyłam zahamować nim pan Jurek dotknął hamulca. Teraz jadę z mężem kupić lustro do ćwiczenia.
niedziela, 28 marca 2010
sobota, 20 marca 2010
Nowa strategia
Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego egzaminu. Jestem teraz trochę spokojniejsza, a po dzisiejszym doświadczeniu z nowym instruktorem patrzę w przyszłość z nadzieją, że jednak coś z tego będzie. Ale po kolei.
Postanowiłam przede wszystkim popracować nad zmianą swojego nastawienia do jazdy. A w szczególności nad wyciszeniem emocji. Przecież nikt mnie nie goni, nie popędza. Nie mam jakiegoś terminu, którego mi nie wolno przekroczyć. Podejdę więc teraz do jeżdżenia spokojnie.
Tak więc od czasu do czasu wsiadamy z mężem do samochodu i jedziemy na pobliski parking potrenować. Jeżdżę tam w kółko ucząc się skręcać, hamować, redukować biegi, panować nad tym nieszczęsnym sprzęgłem no i parkować. Parkujemy prostopadle i ukośnie, bo równolegle to mąż się boi.
-Wolę nie mieszać do twojej nauki obcych samochodów, przynajmniej na razie - powiedział, gdy chciałam spróbować zaparkować pomiędzy stojącym równolegle do krawężnika mercedesem a jakimś fordem.
Trudno, posłuchałam męża grzecznie. On i tak cały czas trzyma rękę na ręcznym. Czasem go nerwowo zaciągnie. Ale rozumiem go.
Koleżanka z pracy znalazła jakiś plac manewrowy i wozi mnie tam swoim nowym renault clio żebym mogła poćwiczyć. Ja jeżdżę zygzakiem po łuku, a ona biega i ustawia pachołki.
- Basiu, z tym łukiem coś jest nie tak - mówię do niej gdy kolejny raz laduję tyłem na pachołku.
Jak się potem okazało, miałam racje. Ten łuk był felerny. Ale dzięki temu jeżdżeniu po tym łuku już nie hamuję tak gwałtownie i potrafię zmieścić się w kopercie.
A ostatnio zadzwonił do mnie ktoś i przedstawił się jako instruktor od trudnych przypadków. Dowiedział się o moich problemach od mojej cioci i zadzwonił ,żeby zaproponować swoją pomoc. Wydał mi się trochę zarozumiały, gdy usłyszałam, że on każdego nauczy jeździć. Ale kto wie? Może to jest ktoś kto mi pomoże?
Tak więc teraz jeżdżę z panem Jurkiem. I jestem bardzo zadowolona. Opowiedziałam mu na początku o wszystkich swoich kłopotach, stresach i przeżyciach. Nie zniechęcił się.
Dziś byłam więc na pierwszej lekcji i ku mojemu zdumieniu wcale nie robiłam tych wszystkich głupich błędów, które ciągle robię. Całkiem dobrze mi się skręcało w prawo, wiedziałam kiedy prostować kierownicę. Nie trzymałam ciągle wciśniętego sprzęgła. Nie wyrzucało mnie na drugi pas przy wychodzeniu z zakrętu. Pamiętałam o redukcji biegów przy wchodzeniu w zakręt, i o tym, że jak skręcam w lewo to muszę się zbliżyć do osi jezdni. I nawet korzystałam z lusterek! Pan Jurek dużo chwali, jest spokojny. Na lekcji jest podobnie jak z Anią, ale jednak stosuje trochę inne metody. Myślę, że to dobry pomysł, żeby całkiem na jakiś czas zmienić instruktora. Zadzwonię do Ani i powiem jej, że przez jakiś czas pojeżdżę z panem Jurkiem.
Nowy instruktor stwierdził, że nie jest tak źle jak mówiłam, że całkiem dobrze sobie radzę, tylko muszę się pozbyć tej blokady wewnętrznej i wtedy będzie wszystko ok. Po raz pierwszy chyba wróciłam z lekcji taka rozpromieniona i uskrzydlona.
Postanowiłam przede wszystkim popracować nad zmianą swojego nastawienia do jazdy. A w szczególności nad wyciszeniem emocji. Przecież nikt mnie nie goni, nie popędza. Nie mam jakiegoś terminu, którego mi nie wolno przekroczyć. Podejdę więc teraz do jeżdżenia spokojnie.
Tak więc od czasu do czasu wsiadamy z mężem do samochodu i jedziemy na pobliski parking potrenować. Jeżdżę tam w kółko ucząc się skręcać, hamować, redukować biegi, panować nad tym nieszczęsnym sprzęgłem no i parkować. Parkujemy prostopadle i ukośnie, bo równolegle to mąż się boi.
-Wolę nie mieszać do twojej nauki obcych samochodów, przynajmniej na razie - powiedział, gdy chciałam spróbować zaparkować pomiędzy stojącym równolegle do krawężnika mercedesem a jakimś fordem.
Trudno, posłuchałam męża grzecznie. On i tak cały czas trzyma rękę na ręcznym. Czasem go nerwowo zaciągnie. Ale rozumiem go.
Koleżanka z pracy znalazła jakiś plac manewrowy i wozi mnie tam swoim nowym renault clio żebym mogła poćwiczyć. Ja jeżdżę zygzakiem po łuku, a ona biega i ustawia pachołki.
- Basiu, z tym łukiem coś jest nie tak - mówię do niej gdy kolejny raz laduję tyłem na pachołku.
Jak się potem okazało, miałam racje. Ten łuk był felerny. Ale dzięki temu jeżdżeniu po tym łuku już nie hamuję tak gwałtownie i potrafię zmieścić się w kopercie.
A ostatnio zadzwonił do mnie ktoś i przedstawił się jako instruktor od trudnych przypadków. Dowiedział się o moich problemach od mojej cioci i zadzwonił ,żeby zaproponować swoją pomoc. Wydał mi się trochę zarozumiały, gdy usłyszałam, że on każdego nauczy jeździć. Ale kto wie? Może to jest ktoś kto mi pomoże?
Tak więc teraz jeżdżę z panem Jurkiem. I jestem bardzo zadowolona. Opowiedziałam mu na początku o wszystkich swoich kłopotach, stresach i przeżyciach. Nie zniechęcił się.
Dziś byłam więc na pierwszej lekcji i ku mojemu zdumieniu wcale nie robiłam tych wszystkich głupich błędów, które ciągle robię. Całkiem dobrze mi się skręcało w prawo, wiedziałam kiedy prostować kierownicę. Nie trzymałam ciągle wciśniętego sprzęgła. Nie wyrzucało mnie na drugi pas przy wychodzeniu z zakrętu. Pamiętałam o redukcji biegów przy wchodzeniu w zakręt, i o tym, że jak skręcam w lewo to muszę się zbliżyć do osi jezdni. I nawet korzystałam z lusterek! Pan Jurek dużo chwali, jest spokojny. Na lekcji jest podobnie jak z Anią, ale jednak stosuje trochę inne metody. Myślę, że to dobry pomysł, żeby całkiem na jakiś czas zmienić instruktora. Zadzwonię do Ani i powiem jej, że przez jakiś czas pojeżdżę z panem Jurkiem.
Nowy instruktor stwierdził, że nie jest tak źle jak mówiłam, że całkiem dobrze sobie radzę, tylko muszę się pozbyć tej blokady wewnętrznej i wtedy będzie wszystko ok. Po raz pierwszy chyba wróciłam z lekcji taka rozpromieniona i uskrzydlona.
wtorek, 9 marca 2010
Do trzech razy sztuka?
Druga jazda w poniedziałek przed trzecim egzaminem to był prawdziwy koszmar. Instruktor ma mnie chyba powyżej dziurek od nosa. Nie mogę powiedzieć żeby wrzeszczał na mnie. To raczej był "krzyk wewnętrzny". I najgorsze, że on ma rację. Pytam o rzeczy oczywiste, zapominam, na którym biegu jadę. Ale on swoimi komentarzami też mi nie pomaga. Poza tym to w końcu jego praca, uczyć ludzi jeżdżenia.
- jak tak będzie jutro, to nie masz szans - słyszałam co chwila.
Gdybym to ja w pracy, w szkole tak się wkurzała na trudnych uczniów, to dopiero by się narobiło!
A myślałam, że będzie lepiej, bo w sobotę i niedzielę jeździłam z mężem nad Odrą naszym samochodem. I dobrze mi szło. Górkę robiłam bez problemów, no, może tylko błotem pochlapałam szyby na początku nim wyczułam kiedy i ile tego gazu wciskać. Zawracałam, cofałam, skręcałam i pokonywałam wszystkie przeszkody. Naprawdę podobało mi się i myślałam, że to mi pomoże. Tymczasem po poniedziałkowej jeździe stwierdziłam, że dam sobie spokój. Nie chcę już więcej, nie dam rady. Na samo wspomnienie tej jazdy zaczynałam płakać. Najpierw w tramwaju, w drodze do pracy po skończonej jeździe zadzwonił rozentuzjazmowany maż
- no i jak? Lepiej ci poszło dzisiaj? - spytał
A ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć, bo zaczęłam ryczeć. Ludzie mi się przyglądali, wstyd jak nic.
Potem w pracy:
- No i jak pani poszło? - a ja w ryk znowu.
Po przyjściu do domu ta sama sytuacja, no bo dzieci zadały mi takie samo pytanie. Na samo wspomnienie mojego instruktora zalewałam się łzami. A egzamin już jutro i jeszcze jedna godzina jazdy z samego rana. Zadzwoniłam do żony instruktora.
- Aniu, ja nie dam rady, możesz ze mną jechać jutro?
Niestety, Ania nie mogła, ale obiecała, że będzie spokojnie. Trudno, jakoś to przeżyję, i dam sobie święty spokój z tą nauką i będę żyła dalej z tą porażką.
Było mi źle, smutno, beznadziejne. Wzięłam tabletkę nasenną i poszłam spać.
A dziś rano wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam podwójną herbatkę z melisy i połknęłam tabletkę persenu. Drugą spakowałam do torebki, tak na wszelki wypadek. Spakowałam też do siatki małą poduszeczkę (na wypadek gdybym znowu trafiła na samochód bez regulacji wysokości fotela), kanapkę z szynką i wodę do picia. Poszłam na 8.00 na jazdę z nadzieją, że Ania jednak przyjedzie. No i znowu rozczarowanie. Samochód podjechał, ale w środku nie było Ani, tylko mój instruktor.
- minę masz nietęgą - zagadnął dość przyjaźnie
- bo też nietęgo się czuję
- postaram się być miły, ale ty też się postaraj nie robić
takich podstawowych błędów
I w nastroju rozejmu rozpoczęliśmy jazdę. Nie było ani lepiej, ani gorzej z moimi umiejętnościami, ale było spokojnie i bardzo kulturalnie. Po godzinie pożegnaliśmy się i pojechałam na egzamin.
Miałam trochę czasu, usiadłam więc spokojnie w poczekalni. Tam zawsze panuje atmosfera jak przed egzekucją. Cisza, napięcie. Wzrok oczekujących utkwiony w wielkim oknie, za którym widać plac manewrowy i mękę egzaminowanych. Nie zamierzałam się temu przyglądać. Usiadłam, wyjęłam z siatki kanapkę, wodę i moją tabletkę "na spokój". Zaczęłam spokojnie jeść, popijając suchą kanapkę wodą. Połknęłam drugą tabletkę, może mi pomoże? Obserwowałam innych ludzi. Byłam chyba najstarsza. Sami młodzi, tak samo przerażeni wszyscy. Co chwilę przez głośniki wyczytywano nazwisko innego skazańca, który z westchnieniem wstawał i wychodził punktu, w którym oczekuje się na swojego "egzekutora". Wszyscy żegnaliśmy takiego delikwenta spojrzeniem pełnym współczucia.
W pewnym momencie wyczytano moje nazwisko. Żeby tylko. Wyczytano moje pierwsze imię i drugie imię, i z osobna każdy z dwóch członów mojego nazwiska (komuś chyba strasznie wesoło tam z drugiej strony głośnika było).Inni oczekujący uśmiechali się pod nosem. Bo to komicznie zabrzmiało i mnie również rozśmieszyło. Więc ze spokojem spakowałam niedojedzoną kanapkę, popiłam wodą i wstając powiedziałam
- no, zapomnieli jeszcze dodać, że od bierzmowania mam jeszcze jedno imię, Bernadetta, żeby było śmieszniej.
Żegnały mnie przyjazne spojrzenia pozostałych współbraci egzaminu państwowego na prawo jazdy gdy szłam w stronę placu.
I na tym w zasadzie mogłabym poprzestać odsyłając ewentualnych czytelników do jednego z poprzednich rozdziałów. Bo znowu sytuacja się powtórzyła. Łuk, tył samochodu poza linią, ponowna szansa i ...zwalony pachołek. Tym razem na zakręcie. Znam już trzech egzaminatorów, ciekawe ilu ich jest? No i w dalszym ciągu nie udało mi się wyjechać z placu manewrowego.
Wychodziłam jednak z WORDU lekko, z uśmiechem i wielką ulgą.
- No, mam na jakiś czas spokój - Teraz muszę opracować jakąś strategię na przyszłość. Bo wiem, że wczorajszy dzień był tylko kryzysem. Zdam w końcu kiedyś ten cholerny egzamin i właśnie, że będę jeździć sama samochodem i to ze skrzynią biegów manualną a nie automatyczną, jak radzi mój instruktor! Tylu bliskich mi ludzi mimo wszystko wierzy we mnie nadal, nie mogę ich zawieźć.
- jak tak będzie jutro, to nie masz szans - słyszałam co chwila.
Gdybym to ja w pracy, w szkole tak się wkurzała na trudnych uczniów, to dopiero by się narobiło!
A myślałam, że będzie lepiej, bo w sobotę i niedzielę jeździłam z mężem nad Odrą naszym samochodem. I dobrze mi szło. Górkę robiłam bez problemów, no, może tylko błotem pochlapałam szyby na początku nim wyczułam kiedy i ile tego gazu wciskać. Zawracałam, cofałam, skręcałam i pokonywałam wszystkie przeszkody. Naprawdę podobało mi się i myślałam, że to mi pomoże. Tymczasem po poniedziałkowej jeździe stwierdziłam, że dam sobie spokój. Nie chcę już więcej, nie dam rady. Na samo wspomnienie tej jazdy zaczynałam płakać. Najpierw w tramwaju, w drodze do pracy po skończonej jeździe zadzwonił rozentuzjazmowany maż
- no i jak? Lepiej ci poszło dzisiaj? - spytał
A ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć, bo zaczęłam ryczeć. Ludzie mi się przyglądali, wstyd jak nic.
Potem w pracy:
- No i jak pani poszło? - a ja w ryk znowu.
Po przyjściu do domu ta sama sytuacja, no bo dzieci zadały mi takie samo pytanie. Na samo wspomnienie mojego instruktora zalewałam się łzami. A egzamin już jutro i jeszcze jedna godzina jazdy z samego rana. Zadzwoniłam do żony instruktora.
- Aniu, ja nie dam rady, możesz ze mną jechać jutro?
Niestety, Ania nie mogła, ale obiecała, że będzie spokojnie. Trudno, jakoś to przeżyję, i dam sobie święty spokój z tą nauką i będę żyła dalej z tą porażką.
Było mi źle, smutno, beznadziejne. Wzięłam tabletkę nasenną i poszłam spać.
A dziś rano wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam podwójną herbatkę z melisy i połknęłam tabletkę persenu. Drugą spakowałam do torebki, tak na wszelki wypadek. Spakowałam też do siatki małą poduszeczkę (na wypadek gdybym znowu trafiła na samochód bez regulacji wysokości fotela), kanapkę z szynką i wodę do picia. Poszłam na 8.00 na jazdę z nadzieją, że Ania jednak przyjedzie. No i znowu rozczarowanie. Samochód podjechał, ale w środku nie było Ani, tylko mój instruktor.
- minę masz nietęgą - zagadnął dość przyjaźnie
- bo też nietęgo się czuję
- postaram się być miły, ale ty też się postaraj nie robić
takich podstawowych błędów
I w nastroju rozejmu rozpoczęliśmy jazdę. Nie było ani lepiej, ani gorzej z moimi umiejętnościami, ale było spokojnie i bardzo kulturalnie. Po godzinie pożegnaliśmy się i pojechałam na egzamin.
Miałam trochę czasu, usiadłam więc spokojnie w poczekalni. Tam zawsze panuje atmosfera jak przed egzekucją. Cisza, napięcie. Wzrok oczekujących utkwiony w wielkim oknie, za którym widać plac manewrowy i mękę egzaminowanych. Nie zamierzałam się temu przyglądać. Usiadłam, wyjęłam z siatki kanapkę, wodę i moją tabletkę "na spokój". Zaczęłam spokojnie jeść, popijając suchą kanapkę wodą. Połknęłam drugą tabletkę, może mi pomoże? Obserwowałam innych ludzi. Byłam chyba najstarsza. Sami młodzi, tak samo przerażeni wszyscy. Co chwilę przez głośniki wyczytywano nazwisko innego skazańca, który z westchnieniem wstawał i wychodził punktu, w którym oczekuje się na swojego "egzekutora". Wszyscy żegnaliśmy takiego delikwenta spojrzeniem pełnym współczucia.
W pewnym momencie wyczytano moje nazwisko. Żeby tylko. Wyczytano moje pierwsze imię i drugie imię, i z osobna każdy z dwóch członów mojego nazwiska (komuś chyba strasznie wesoło tam z drugiej strony głośnika było).Inni oczekujący uśmiechali się pod nosem. Bo to komicznie zabrzmiało i mnie również rozśmieszyło. Więc ze spokojem spakowałam niedojedzoną kanapkę, popiłam wodą i wstając powiedziałam
- no, zapomnieli jeszcze dodać, że od bierzmowania mam jeszcze jedno imię, Bernadetta, żeby było śmieszniej.
Żegnały mnie przyjazne spojrzenia pozostałych współbraci egzaminu państwowego na prawo jazdy gdy szłam w stronę placu.
I na tym w zasadzie mogłabym poprzestać odsyłając ewentualnych czytelników do jednego z poprzednich rozdziałów. Bo znowu sytuacja się powtórzyła. Łuk, tył samochodu poza linią, ponowna szansa i ...zwalony pachołek. Tym razem na zakręcie. Znam już trzech egzaminatorów, ciekawe ilu ich jest? No i w dalszym ciągu nie udało mi się wyjechać z placu manewrowego.
Wychodziłam jednak z WORDU lekko, z uśmiechem i wielką ulgą.
- No, mam na jakiś czas spokój - Teraz muszę opracować jakąś strategię na przyszłość. Bo wiem, że wczorajszy dzień był tylko kryzysem. Zdam w końcu kiedyś ten cholerny egzamin i właśnie, że będę jeździć sama samochodem i to ze skrzynią biegów manualną a nie automatyczną, jak radzi mój instruktor! Tylu bliskich mi ludzi mimo wszystko wierzy we mnie nadal, nie mogę ich zawieźć.
piątek, 5 marca 2010
W oczekiwaniu na trzecie podejście
Od ostatniego egzaminu minął miesiąc. Następny mam w przyszły wtorek. Wymyśliłam sobie, że kupię 4 godziny jazdy. Umówiłam się z Krzyśkiem na dwie jazdy po 1,5 godziny i jedną godzinę bezpośrednio przed egzaminem. Wczoraj wsiadłam do samochodu po raz pierwszy od ostatniego egzaminu,. Jestem zrozpaczona. Ja wszystko zapomniałam. Nawet pedały mi się pomieszały. W pierwszym momencie nie wiedziałam, który to od gazu a który od sprzęgła. To sprzęgło to jakiś koszmar. Myślę, że dopóki nie zrozumiem po co ono jest, to nie opanuję tego cholerstwa. Byłam straszliwie spięta. Znowu robiłam same głupoty. Żadnego parkowania nie udało mi się poprawnie wykonać za pierwszym razem. Strasznie mnie wkurza, że jestem taka nieudolna. Wstyd mi przed instruktorem. Mam wrażenie, że on we mnie nie wierzy, a to mnie wcale nie motywuje. Może ja faktycznie nie powinnam jeździć samochodem? Może to u mnie coś w rodzaju "samochodowej dysleksji", czy czort wie jaka inna ułomność? Żeby coś z tego wyszło, to powinnam chyba jeździć każdego dnia. Ale nie stać mnie na tyle godzin dodatkowych. Rodzina chyba też we mnie nie wierzy. Dzieci powiedziały, że nigdy ze mną do samochodu nie wsiądą, a mąż nie kwapi się żeby mnie pouczyć w naszym aucie. Czarno widzę swoją przyszłość kierowcy.
czwartek, 4 marca 2010
Podejście drugie
Przed drugim egzaminem wykupiłam znowu 3 godziny jazdy żeby nie wyjść z wprawy. Tym razem egzamin miałam na 16.00. Znowu pojechałam z mężem. Nafaszerowałam się persenem, żeby się nie denerwować. Trochę obawiałam się, że będę senna po nim, ale nic z tego. Poziom adrenaliny był w dalszym ciągu zbyt wysoki moim zdaniem.
- Jeśli tym razem oblejesz, to ja już więcej nie będę z tobą tu przyjeżdżał bo pewnie pecha ci przynoszę - powiedział mój mąż.
I znowu jak poprzednio do zdających wyszedł koordynator. Przywitał nas pięknie, wyjaśnił procedury wskazując na sytuacje, które mogą spowodować zakończenie egzaminu.
- Nie wolno państwu najechać na linię, potrącić lub przewrócić pachołka lub wjechać na niego. Mogą się zdarzyć jeszcze inne nieprawidłowości - powiedział patrząc wprost na mnie. Tak, bo to był mój poprzedni egzaminator. Miłe z jego strony, że nie zwrócił uwagi na to, że nie należy mylić pedału gazu i hamowania.
Wyczytano moje nazwisko, podeszłam do miejsca, w którym oczekuje się na egzaminatora. Ciekawe, który to będzie? Znowu podszedł do mnie sympatyczny, młody człowiek. Sprawdził moja tożsamość, wylosowałam płyn olejowy i światła stopu, poradziłam sobie z ta częścią bez kłopotu. Potem powtórzyła się sytuacja, to znaczy przygotowałam się do jazdy. Tym razem fotel podnosił się jak należy więc miałam lepszą widoczność i nie musiałam wyciągać z reklamówki kolorowego jaśka z uśmiechniętym łosiem na poszewce. No i ruszyłam. Pięknie zrobiłam łuk do przodu.
- Panie Boże, proszę, pomóż mi choć troszeczkę - szeptałam cieniutko sama do siebie.
- daj mi chociaż wyjechać trochę na miasto, tak dla honoru, proszę! - do przodu poszło jak po maśle. Teraz wsteczny i cofam po łuku. Cały czas jęczę do Pana Boga z prośbami przy tym cofaniu. Kiedy już jestem na prostej to pamiętam, żeby odwrócić się i patrzeć w tylną szybę, no i nie naciskać znowu na pedał gazu przy hamowaniu. Jest, udało mi się! Jestem bardzo szczęśliwa. Ale egzaminator krytycznym okiem patrzy na zderzak i mówi, że pół centymetra za płytko zaparkowałam.
- proszę powtórzyć manewr. Noga zaczęła mi latać. Całą uwagę skupiam więc na opanowaniu tego drżenia. Powtarzam manewr, idzie mi dobrze, dalej proszę o boskie wsparcie i jakoś idzie. Mruczę cały czas, zaklinam, błagam wszystkich świętych i jakoś jadę. Teraz cofam, odwracam głowę, oceniam odległość do pachołka i....
- Matko Święta! Ja patrzę nie na ten pachołek co potrzeba! - no i znowu ląduję na pachołku.
- I dupa! - kwituję zamiast powiedzieć "amen" po tych wszystkich błaganiach.
- No i co pani zrobiła? Przecież dobrze pani szło? - dziwi się egzaminator
- Naprawdę bardzo mi przykro - egzaminator jest trochę poruszony
- oj, niech się pan nie martwi, poszło mi lepiej jak poprzednim razem - co za sytuacja! Pocieszam egzaminatora. Po co kazał mi powtarzać? Gdyby mi uznał ten pierwszy raz to może już górkę bym zaliczyła. A tak, znowu skucha. I jak za pierwszym razem, wzięłam kartę z adnotacja że zagrażam bezpieczeństwu i poszłam do kasy opłacić trzeci egzamin. Maż nic nie mówił. A mnie zmroziło
- O Boże! - krzyknęłam
- Co się stało? - mąż patrzył na mnie z niepokojem
- w tym samochodzie przecież jest kamera i mikrofon i to wszystko się nagrywało -
- no i co z tego? - mój mąż nie mógł zrozumieć co mnie tak przeraziło
- jak to co? ja cały czas jęczałam błagając o boskie wsparcie a na koniec powiedziałam "dupa". To wszystko się nagrało!
- oj, wielkie rzeczy, to się najwyżej trochę pośmieją z ciebie. - po czym przytulił mnie czule i pojechaliśmy do domu.
- Jeśli tym razem oblejesz, to ja już więcej nie będę z tobą tu przyjeżdżał bo pewnie pecha ci przynoszę - powiedział mój mąż.
I znowu jak poprzednio do zdających wyszedł koordynator. Przywitał nas pięknie, wyjaśnił procedury wskazując na sytuacje, które mogą spowodować zakończenie egzaminu.
- Nie wolno państwu najechać na linię, potrącić lub przewrócić pachołka lub wjechać na niego. Mogą się zdarzyć jeszcze inne nieprawidłowości - powiedział patrząc wprost na mnie. Tak, bo to był mój poprzedni egzaminator. Miłe z jego strony, że nie zwrócił uwagi na to, że nie należy mylić pedału gazu i hamowania.
Wyczytano moje nazwisko, podeszłam do miejsca, w którym oczekuje się na egzaminatora. Ciekawe, który to będzie? Znowu podszedł do mnie sympatyczny, młody człowiek. Sprawdził moja tożsamość, wylosowałam płyn olejowy i światła stopu, poradziłam sobie z ta częścią bez kłopotu. Potem powtórzyła się sytuacja, to znaczy przygotowałam się do jazdy. Tym razem fotel podnosił się jak należy więc miałam lepszą widoczność i nie musiałam wyciągać z reklamówki kolorowego jaśka z uśmiechniętym łosiem na poszewce. No i ruszyłam. Pięknie zrobiłam łuk do przodu.
- Panie Boże, proszę, pomóż mi choć troszeczkę - szeptałam cieniutko sama do siebie.
- daj mi chociaż wyjechać trochę na miasto, tak dla honoru, proszę! - do przodu poszło jak po maśle. Teraz wsteczny i cofam po łuku. Cały czas jęczę do Pana Boga z prośbami przy tym cofaniu. Kiedy już jestem na prostej to pamiętam, żeby odwrócić się i patrzeć w tylną szybę, no i nie naciskać znowu na pedał gazu przy hamowaniu. Jest, udało mi się! Jestem bardzo szczęśliwa. Ale egzaminator krytycznym okiem patrzy na zderzak i mówi, że pół centymetra za płytko zaparkowałam.
- proszę powtórzyć manewr. Noga zaczęła mi latać. Całą uwagę skupiam więc na opanowaniu tego drżenia. Powtarzam manewr, idzie mi dobrze, dalej proszę o boskie wsparcie i jakoś idzie. Mruczę cały czas, zaklinam, błagam wszystkich świętych i jakoś jadę. Teraz cofam, odwracam głowę, oceniam odległość do pachołka i....
- Matko Święta! Ja patrzę nie na ten pachołek co potrzeba! - no i znowu ląduję na pachołku.
- I dupa! - kwituję zamiast powiedzieć "amen" po tych wszystkich błaganiach.
- No i co pani zrobiła? Przecież dobrze pani szło? - dziwi się egzaminator
- Naprawdę bardzo mi przykro - egzaminator jest trochę poruszony
- oj, niech się pan nie martwi, poszło mi lepiej jak poprzednim razem - co za sytuacja! Pocieszam egzaminatora. Po co kazał mi powtarzać? Gdyby mi uznał ten pierwszy raz to może już górkę bym zaliczyła. A tak, znowu skucha. I jak za pierwszym razem, wzięłam kartę z adnotacja że zagrażam bezpieczeństwu i poszłam do kasy opłacić trzeci egzamin. Maż nic nie mówił. A mnie zmroziło
- O Boże! - krzyknęłam
- Co się stało? - mąż patrzył na mnie z niepokojem
- w tym samochodzie przecież jest kamera i mikrofon i to wszystko się nagrywało -
- no i co z tego? - mój mąż nie mógł zrozumieć co mnie tak przeraziło
- jak to co? ja cały czas jęczałam błagając o boskie wsparcie a na koniec powiedziałam "dupa". To wszystko się nagrało!
- oj, wielkie rzeczy, to się najwyżej trochę pośmieją z ciebie. - po czym przytulił mnie czule i pojechaliśmy do domu.
środa, 3 marca 2010
Pierwsze podejście
Na pierwszy egzamin pojechałam razem z mężem. Specjalnie zwolnił się z pracy żeby mi dodać otuchy i wiary we własne siły.
W przeddzień egzaminu powtarzałam wszystkie światła samochodowe i płyny ustrojowe jakie w nim płyną. Nawet się pokłóciłam z mężem bo nie umiał mi wytłumaczyć gdzie się włącza światła postojowe. Kompletnie nie mógł zrozumieć o co ja go pytam? Jak już przestał się wściekać, to zeszliśmy do samochodu i włączył te nieszczęsne światła. No i o to mi chodziło. Faktycznie, nie pomyślałam, że jak włączam światła mijania to najpierw włączam postojowe. Teraz już mogę spokojnie wylosować na egzaminie te światła. A swoją drogą jaki to ma sens: losować jedne światła i je omawiać i jeszcze pokazywać? Przecież jak już się je włączy, to tylko ślepy nie umiałby ich zobaczyć.
Trochę też się niepokoiłam co ja mam powiedzieć na temat płynu do spryskiwaczy gdybym go wylosowała? To trochę głupie: omówić płyn do spryskiwaczy.
Jestem pełna podziwu dla mojego męża. On naprawdę wierzy, że ja zdam ten egzamin za pierwszym podejściem. Chyba tylko on w to wierzy. Wiara podobno czyni cuda, więc może zdarzy się cud?
W dniu egzaminu pogoda była paskudna. Zimno, mokro i deszcz padał. Na ulicach zaspy śniegu, chlapa, szkoda słów. Będzie co ma być.
Egzamin miał być na 8.00. Do WORDU przyjechaliśmy jakieś pół godziny przed czasem. Weszliśmy do poczekalni. Kilka osób oczekujących na egzamin w towarzystwie wspierających. Mąż kopnął mnie delikatnie "na szczęście" (jak studiowałam, to kopniaki przed egzaminem sprawdzały się, zawsze zdawałam) i powiedział, że wróci za jakąś godzinę.
- Ty naprawdę myślisz, że ja się godzinę utrzymam na egzaminie? Jak mnie nie obleją po 15 minutach to będzie dobrze - zaśmiałam się
O 8.00 przyszedł koordynator egzaminów i nas poinformował o całej procedurze i czekających nas zadaniach. Nie musiałam oczekiwać długo na swoją kolejkę. Podeszłam do wyznaczonego miejsca i czekałam aż podejdzie do mnie egzaminator.
Na pierwszy rzut oka wydał mi się miłym człowiekiem. Jaki był w rzeczywistości, tego niestety nie miałam możliwości sprawdzić, bo zbyt szybko się rozstaliśmy. Kiedy już sprawdził, że ja to ja, to dał mi do wylosowania te nieszczęsne płyny i światła. Nie było tak źle. Wylosowałam płyn olejowy i światła mijania. Proste. Bezbłędnie wykonałam zadanie. Nawet maskę umiałam podnieść sama.
Potem wsiadłam do samochodu
-Proszę przygotować się do jazdy - poinstruował mnie egzaminator
Wiedziałam co mam zrobić. Najpierw podnieść do oporu fotel. Bo jestem krótka bardzo osoba. I tu zdziwienie. Fotel się nie podnosi. Wiem więc, że muszę opuścić sobie kierownicę. Zrobiłam to, ale co z tego że mi kierownica nie zasłania, jak widzę tylko przez górną część szyby. Trudno, następnym razem wezmę poduszeczkę. Dobrze chociaż, że mogę dosunąć sobie fotel maksymalnie do przodu. I tak ledwo sięgam nogami do pedałów. Ustawiłam lusterka, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik, zwolniłam hamulec, teraz jedynka. Moje serce waliło jak dzwon (tak powinnam napisać gdyby to była literatura romansowa. Ale waliło, naprawdę). Sprzęgło, gaz i powoli ruszam do przodu. Prosto, prościutko..., teraz zakręt, kierownica pół skrętu, przy następnym pachołku drugie pół. Jest, udało mi się pokonać łuk. Jadę idealnie, samym środkiem pasa. Zaraz wjadę do koperty co udaje garaż..., już jestem, teraz trzeba zahamować i... i walę prawą nogą w pedał gazu do dechy! Pachołek leży, co tam pachołek, dobrze, że za nim wielka kupa śniegu była bo na płocie bym się zatrzymała. A egzaminator wcale nie okazuje emocji. Wsiada do samochodu spokojnie
- wie pani, że to już koniec?
- ile minut trwał mój egzamin? - pytam
- sześć
- i nie mogę nawet spróbować dokończyć tego manewru? - pytam dość naiwnie, ale on taki spokojny, co mi zależy spytać?
- no, niestety, pani zagraża bezpieczeństwu na drodze
Podziękowałam, wzięłam kartę egzaminacyjną i wyszłam przed plac. Oczywiście męża jeszcze nie było. Żaden egzamin, nawet najgorszy, nie kończy się po sześciu minutach więc jeszcze nie wrócił. Poszłam więc do kasy zapłacić za następny termin. Kiedy mój mąż mnie tam znalazł był prawdziwie niepocieszony. No cóż, dobrze, że nie komentował mojego błędu, sama wiem co zrobiłam. Pierwsze koty za płoty.
W przeddzień egzaminu powtarzałam wszystkie światła samochodowe i płyny ustrojowe jakie w nim płyną. Nawet się pokłóciłam z mężem bo nie umiał mi wytłumaczyć gdzie się włącza światła postojowe. Kompletnie nie mógł zrozumieć o co ja go pytam? Jak już przestał się wściekać, to zeszliśmy do samochodu i włączył te nieszczęsne światła. No i o to mi chodziło. Faktycznie, nie pomyślałam, że jak włączam światła mijania to najpierw włączam postojowe. Teraz już mogę spokojnie wylosować na egzaminie te światła. A swoją drogą jaki to ma sens: losować jedne światła i je omawiać i jeszcze pokazywać? Przecież jak już się je włączy, to tylko ślepy nie umiałby ich zobaczyć.
Trochę też się niepokoiłam co ja mam powiedzieć na temat płynu do spryskiwaczy gdybym go wylosowała? To trochę głupie: omówić płyn do spryskiwaczy.
Jestem pełna podziwu dla mojego męża. On naprawdę wierzy, że ja zdam ten egzamin za pierwszym podejściem. Chyba tylko on w to wierzy. Wiara podobno czyni cuda, więc może zdarzy się cud?
W dniu egzaminu pogoda była paskudna. Zimno, mokro i deszcz padał. Na ulicach zaspy śniegu, chlapa, szkoda słów. Będzie co ma być.
Egzamin miał być na 8.00. Do WORDU przyjechaliśmy jakieś pół godziny przed czasem. Weszliśmy do poczekalni. Kilka osób oczekujących na egzamin w towarzystwie wspierających. Mąż kopnął mnie delikatnie "na szczęście" (jak studiowałam, to kopniaki przed egzaminem sprawdzały się, zawsze zdawałam) i powiedział, że wróci za jakąś godzinę.
- Ty naprawdę myślisz, że ja się godzinę utrzymam na egzaminie? Jak mnie nie obleją po 15 minutach to będzie dobrze - zaśmiałam się
O 8.00 przyszedł koordynator egzaminów i nas poinformował o całej procedurze i czekających nas zadaniach. Nie musiałam oczekiwać długo na swoją kolejkę. Podeszłam do wyznaczonego miejsca i czekałam aż podejdzie do mnie egzaminator.
Na pierwszy rzut oka wydał mi się miłym człowiekiem. Jaki był w rzeczywistości, tego niestety nie miałam możliwości sprawdzić, bo zbyt szybko się rozstaliśmy. Kiedy już sprawdził, że ja to ja, to dał mi do wylosowania te nieszczęsne płyny i światła. Nie było tak źle. Wylosowałam płyn olejowy i światła mijania. Proste. Bezbłędnie wykonałam zadanie. Nawet maskę umiałam podnieść sama.
Potem wsiadłam do samochodu
-Proszę przygotować się do jazdy - poinstruował mnie egzaminator
Wiedziałam co mam zrobić. Najpierw podnieść do oporu fotel. Bo jestem krótka bardzo osoba. I tu zdziwienie. Fotel się nie podnosi. Wiem więc, że muszę opuścić sobie kierownicę. Zrobiłam to, ale co z tego że mi kierownica nie zasłania, jak widzę tylko przez górną część szyby. Trudno, następnym razem wezmę poduszeczkę. Dobrze chociaż, że mogę dosunąć sobie fotel maksymalnie do przodu. I tak ledwo sięgam nogami do pedałów. Ustawiłam lusterka, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik, zwolniłam hamulec, teraz jedynka. Moje serce waliło jak dzwon (tak powinnam napisać gdyby to była literatura romansowa. Ale waliło, naprawdę). Sprzęgło, gaz i powoli ruszam do przodu. Prosto, prościutko..., teraz zakręt, kierownica pół skrętu, przy następnym pachołku drugie pół. Jest, udało mi się pokonać łuk. Jadę idealnie, samym środkiem pasa. Zaraz wjadę do koperty co udaje garaż..., już jestem, teraz trzeba zahamować i... i walę prawą nogą w pedał gazu do dechy! Pachołek leży, co tam pachołek, dobrze, że za nim wielka kupa śniegu była bo na płocie bym się zatrzymała. A egzaminator wcale nie okazuje emocji. Wsiada do samochodu spokojnie
- wie pani, że to już koniec?
- ile minut trwał mój egzamin? - pytam
- sześć
- i nie mogę nawet spróbować dokończyć tego manewru? - pytam dość naiwnie, ale on taki spokojny, co mi zależy spytać?
- no, niestety, pani zagraża bezpieczeństwu na drodze
Podziękowałam, wzięłam kartę egzaminacyjną i wyszłam przed plac. Oczywiście męża jeszcze nie było. Żaden egzamin, nawet najgorszy, nie kończy się po sześciu minutach więc jeszcze nie wrócił. Poszłam więc do kasy zapłacić za następny termin. Kiedy mój mąż mnie tam znalazł był prawdziwie niepocieszony. No cóż, dobrze, że nie komentował mojego błędu, sama wiem co zrobiłam. Pierwsze koty za płoty.
wtorek, 2 marca 2010
Przed egzaminem
Wyjeździłam już grubo ponad 30 przepisowych godzin. Jakoś wcale nie czuję, że umiem jeździć lepiej. Ciągle robię te same błędy. W dalszym ciągu mam kłopoty ze skręcaniem w prawo, redukcją biegów przy wchodzeniu w zakręt i trzymaniem się swojego pasa. Znosi mnie w prawo do krawężnika, co zagraża wszystkim bocznym lusterkom na mojej drodze. Boję się manewru zawracania, no i parkowania. I to najbardziej boję się parkowania pod skosem i prostopadle. A to podobno najłatwiejsze. Ja tam wolę równoległe parkowanie. To pod skosem zawsze wychodzi mi krzywo, a prostopadłe wcale nie jest prostopadłe. Jak ja mogę równiutko zaparkować skoro nawet marchewkę krzywo sieję na grządkach? Wspominałam już, że geometria nie jest moją mocną stroną.
Trudno, jednak w końcu trzeba stawić czoła swoim strachom. Czas zapisać się na egzamin.
Postanowiłam jeszcze dokupić ze dwie godzinki jazdy i poćwiczyć te moje słabości.
Zapisałam się więc na mój pierwszy egzamin i następnie umówiłam z Anią dwa dni przed egzaminem, żeby nabrać wprawy. Oczywiście jazda na benzynie.
W dniu jazdy dzwoni do mnie Ania.
- Dorota, jestem chora, może Krzysiek z tobą pojeździ? - spytała
- A nie będzie na mnie krzyczał? - spytałam nieco zbita z tropu. Gdzieś w tle usłyszałam jak mój pierwszy instruktor krzyczy śmiejąc się, że będzie grzeczny jak baranek.
- No dobrze, ja już się Krzyśka nie boję, w końcu jakoś przecież jadę - Odpowiedziałam nie do końca jednak wewnętrznie przekonana o tym.
Tak więc poszłam zakończyć moją naukę z instruktorem, który uczył mnie stawiania pierwszych kroków. A raczej kręcenia kierownicą.
Nie było najgorzej. Krzysiek nie denerwował się już na mnie tak bardzo. A mnie bardzo zależało na tym żeby mu pokazać jakie postępy poczyniłam. Cieszyłam się więc z każdego udanego manewru. Szkoda tylko, że tych nieudanych dalej było za dużo. Instruktor jednak był miły i dodawał mi otuchy. Poczęstowałam go z tej wdzięczności cukierkiem melisowym. Coś mi podpowiadało, że jeszcze będziemy się spotykać z Anią i Krzyśkiem. To dopiero pierwsze podejście. Ciekawe ile ich będzie zanim w końcu naprawdę powiem, że umiem jeździć?
Trudno, jednak w końcu trzeba stawić czoła swoim strachom. Czas zapisać się na egzamin.
Postanowiłam jeszcze dokupić ze dwie godzinki jazdy i poćwiczyć te moje słabości.
Zapisałam się więc na mój pierwszy egzamin i następnie umówiłam z Anią dwa dni przed egzaminem, żeby nabrać wprawy. Oczywiście jazda na benzynie.
W dniu jazdy dzwoni do mnie Ania.
- Dorota, jestem chora, może Krzysiek z tobą pojeździ? - spytała
- A nie będzie na mnie krzyczał? - spytałam nieco zbita z tropu. Gdzieś w tle usłyszałam jak mój pierwszy instruktor krzyczy śmiejąc się, że będzie grzeczny jak baranek.
- No dobrze, ja już się Krzyśka nie boję, w końcu jakoś przecież jadę - Odpowiedziałam nie do końca jednak wewnętrznie przekonana o tym.
Tak więc poszłam zakończyć moją naukę z instruktorem, który uczył mnie stawiania pierwszych kroków. A raczej kręcenia kierownicą.
Nie było najgorzej. Krzysiek nie denerwował się już na mnie tak bardzo. A mnie bardzo zależało na tym żeby mu pokazać jakie postępy poczyniłam. Cieszyłam się więc z każdego udanego manewru. Szkoda tylko, że tych nieudanych dalej było za dużo. Instruktor jednak był miły i dodawał mi otuchy. Poczęstowałam go z tej wdzięczności cukierkiem melisowym. Coś mi podpowiadało, że jeszcze będziemy się spotykać z Anią i Krzyśkiem. To dopiero pierwsze podejście. Ciekawe ile ich będzie zanim w końcu naprawdę powiem, że umiem jeździć?
poniedziałek, 1 marca 2010
Ważne jest to, co autko popija
Razem ze mną kurs rozpoczął mój młody siostrzeniec, Kasper. Z tym, że jemu od początku szło jak po maśle.
- Ciociu, urodzony kierowca jestem! To niesamowita frajda prowadzić samochód - jak się później okazało, to i on miał problemy ze zdaniem egzaminu, nie tak od razu przekonał egzaminatora do swojego talentu urodzonego kierowcy. Kiedy Kasper oblał pierwszy egzamin był w lekkim szoku. Jak to się mogło stać? Rozmawialiśmy jak kumple z jednej ławki szkolnej.
- Ciociu, a jeździła ciocia na benzynie? - spytał w trakcie naszej rozmowy
- Nie, samochód mojego instruktora to diesel. Zresztą co za różnica co autko pije? - zdziwiłam się trochę jego pytaniem.
- To lepiej niech ciocia sama zobaczy. Dobrze cioci radzę.
No i całe szczęście, że młodego posłuchałam. Umówiłam się z Anią, że na następną jazdę wymieni się samochodem z innym instruktorem tak, żebym mogła przekonać się, czy jest jakaś różnica, choć jej zdaniem, raczej nie powinnam mieć z tym problemów. Podejrzewałam, niestety trafnie, jak się potem okazało, że różnica jest kolosalna. Dlaczego? No, w dieslu to ja prawie z pedału gazu nie korzystałam, chyba że przez przypadek zamiast na hamulec to na gaz nacisnęłam. Powyżej 40 km na godzinę robi mi się trochę niedobrze (dlatego najbardziej lubię jeździć w strefie gdzie nie muszę wrzucać trójki i jest ograniczenie do 30 km na godzinę), więc po co mi za dużo gazu wciskać? No a z tego co Kasper mówił, to jasno wynikało, że samochód na benzynie bez gazu raczej odmawia współpracy z kierowcą.
Pech dodatkowo chciał, że w dniu umówionej jazdy napadało jeszcze śniegu i było ślisko. Odpalałam samochód z duszą na ramieniu. Ręce i nogi mi drżały. Całkiem niepotrzebnie, bo co odpaliłam, to silnik mi gasł. Trwało trochę nim w końcu ruszyłyśmy. Samochód gasł co chwila. Ta lekcja polegała głównie na ciągłym uruchamianiu silnika. W końcu zorientowałam się, że aby nie gasło to muszę skoordynować bardziej pracę nogi lewej z prawą. Popuszczać sprzęgło i wciskać gaz jednocześnie. Nie tak jak w dieslu gdzie wystarczyło nacisnąć gaz jak sprzęgło do połowy już miałam popuszczone. Starałam się o tej różnicy pamiętać, ale czasem na skrzyżowaniu ze światłami wydawało mi się, że jak już trzeci cykl świetlny mija, a ja dalej stoję i blokuje ruch, to jakiś kierowca nie wytrzyma nerwowo i mnie normalnie udusi.
Swoją drogą co za szczęście, że człowiek ma tylko cztery kończyny. Gdyby tak jak ośmiornica, mieć aż osiem, to ktoś by wtedy na pewno wymyślił takie samochody, żeby każde z ośmiu ramion miało pełne ręce roboty podczas jazdy. Wtedy już nic by mi nie pomogło. Nie, nie, zdecydowanie wystarczą mi te cztery kończyny, które mam. A Ania ma naprawdę anielską cierpliwość. Patrzyła tylko na mnie i kiwała głową mówiąc:
- Nie myślałam, że to może być aż taki problem dla kogokolwiek?
- Ciociu, urodzony kierowca jestem! To niesamowita frajda prowadzić samochód - jak się później okazało, to i on miał problemy ze zdaniem egzaminu, nie tak od razu przekonał egzaminatora do swojego talentu urodzonego kierowcy. Kiedy Kasper oblał pierwszy egzamin był w lekkim szoku. Jak to się mogło stać? Rozmawialiśmy jak kumple z jednej ławki szkolnej.
- Ciociu, a jeździła ciocia na benzynie? - spytał w trakcie naszej rozmowy
- Nie, samochód mojego instruktora to diesel. Zresztą co za różnica co autko pije? - zdziwiłam się trochę jego pytaniem.
- To lepiej niech ciocia sama zobaczy. Dobrze cioci radzę.
No i całe szczęście, że młodego posłuchałam. Umówiłam się z Anią, że na następną jazdę wymieni się samochodem z innym instruktorem tak, żebym mogła przekonać się, czy jest jakaś różnica, choć jej zdaniem, raczej nie powinnam mieć z tym problemów. Podejrzewałam, niestety trafnie, jak się potem okazało, że różnica jest kolosalna. Dlaczego? No, w dieslu to ja prawie z pedału gazu nie korzystałam, chyba że przez przypadek zamiast na hamulec to na gaz nacisnęłam. Powyżej 40 km na godzinę robi mi się trochę niedobrze (dlatego najbardziej lubię jeździć w strefie gdzie nie muszę wrzucać trójki i jest ograniczenie do 30 km na godzinę), więc po co mi za dużo gazu wciskać? No a z tego co Kasper mówił, to jasno wynikało, że samochód na benzynie bez gazu raczej odmawia współpracy z kierowcą.
Pech dodatkowo chciał, że w dniu umówionej jazdy napadało jeszcze śniegu i było ślisko. Odpalałam samochód z duszą na ramieniu. Ręce i nogi mi drżały. Całkiem niepotrzebnie, bo co odpaliłam, to silnik mi gasł. Trwało trochę nim w końcu ruszyłyśmy. Samochód gasł co chwila. Ta lekcja polegała głównie na ciągłym uruchamianiu silnika. W końcu zorientowałam się, że aby nie gasło to muszę skoordynować bardziej pracę nogi lewej z prawą. Popuszczać sprzęgło i wciskać gaz jednocześnie. Nie tak jak w dieslu gdzie wystarczyło nacisnąć gaz jak sprzęgło do połowy już miałam popuszczone. Starałam się o tej różnicy pamiętać, ale czasem na skrzyżowaniu ze światłami wydawało mi się, że jak już trzeci cykl świetlny mija, a ja dalej stoję i blokuje ruch, to jakiś kierowca nie wytrzyma nerwowo i mnie normalnie udusi.
Swoją drogą co za szczęście, że człowiek ma tylko cztery kończyny. Gdyby tak jak ośmiornica, mieć aż osiem, to ktoś by wtedy na pewno wymyślił takie samochody, żeby każde z ośmiu ramion miało pełne ręce roboty podczas jazdy. Wtedy już nic by mi nie pomogło. Nie, nie, zdecydowanie wystarczą mi te cztery kończyny, które mam. A Ania ma naprawdę anielską cierpliwość. Patrzyła tylko na mnie i kiwała głową mówiąc:
- Nie myślałam, że to może być aż taki problem dla kogokolwiek?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
