czwartek, 4 marca 2010

Podejście drugie

Przed drugim egzaminem wykupiłam znowu 3 godziny jazdy żeby nie wyjść z wprawy. Tym razem egzamin miałam na 16.00. Znowu pojechałam z mężem. Nafaszerowałam się persenem, żeby się nie denerwować. Trochę obawiałam się, że będę senna po nim, ale nic z tego. Poziom adrenaliny był w dalszym ciągu zbyt wysoki moim zdaniem.
- Jeśli tym razem oblejesz, to ja już więcej nie będę z tobą tu przyjeżdżał bo pewnie pecha ci przynoszę - powiedział mój mąż.
I znowu jak poprzednio do zdających wyszedł koordynator. Przywitał nas pięknie, wyjaśnił procedury wskazując na sytuacje, które mogą spowodować zakończenie egzaminu.
- Nie wolno państwu najechać na linię, potrącić lub przewrócić pachołka lub wjechać na niego. Mogą się zdarzyć jeszcze inne nieprawidłowości - powiedział patrząc wprost na mnie. Tak, bo to był mój poprzedni egzaminator. Miłe z jego strony, że nie zwrócił uwagi na to, że nie należy mylić pedału gazu i hamowania.
Wyczytano moje nazwisko, podeszłam do miejsca, w którym oczekuje się na egzaminatora. Ciekawe, który to będzie? Znowu podszedł do mnie sympatyczny, młody człowiek. Sprawdził moja tożsamość, wylosowałam płyn olejowy i światła stopu, poradziłam sobie z ta częścią bez kłopotu. Potem powtórzyła się sytuacja, to znaczy przygotowałam się do jazdy. Tym razem fotel podnosił się jak należy więc miałam lepszą widoczność i nie musiałam wyciągać z reklamówki kolorowego jaśka z uśmiechniętym łosiem na poszewce. No i ruszyłam. Pięknie zrobiłam łuk do przodu.
- Panie Boże, proszę, pomóż mi choć troszeczkę - szeptałam cieniutko sama do siebie.
- daj mi chociaż wyjechać trochę na miasto, tak dla honoru, proszę! - do przodu poszło jak po maśle. Teraz wsteczny i cofam po łuku. Cały czas jęczę do Pana Boga z prośbami przy tym cofaniu. Kiedy już jestem na prostej to pamiętam, żeby odwrócić się i patrzeć w tylną szybę, no i nie naciskać znowu na pedał gazu przy hamowaniu. Jest, udało mi się! Jestem bardzo szczęśliwa. Ale egzaminator krytycznym okiem patrzy na zderzak i mówi, że pół centymetra za płytko zaparkowałam.
- proszę powtórzyć manewr. Noga zaczęła mi latać. Całą uwagę skupiam więc na opanowaniu tego drżenia. Powtarzam manewr, idzie mi dobrze, dalej proszę o boskie wsparcie i jakoś idzie. Mruczę cały czas, zaklinam, błagam wszystkich świętych i jakoś jadę. Teraz cofam, odwracam głowę, oceniam odległość do pachołka i....
- Matko Święta! Ja patrzę nie na ten pachołek co potrzeba! - no i znowu ląduję na pachołku.
- I dupa! - kwituję zamiast powiedzieć "amen" po tych wszystkich błaganiach.
- No i co pani zrobiła? Przecież dobrze pani szło? - dziwi się egzaminator
- Naprawdę bardzo mi przykro - egzaminator jest trochę poruszony
- oj, niech się pan nie martwi, poszło mi lepiej jak poprzednim razem - co za sytuacja! Pocieszam egzaminatora. Po co kazał mi powtarzać? Gdyby mi uznał ten pierwszy raz to może już górkę bym zaliczyła. A tak, znowu skucha. I jak za pierwszym razem, wzięłam kartę z adnotacja że zagrażam bezpieczeństwu i poszłam do kasy opłacić trzeci egzamin. Maż nic nie mówił. A mnie zmroziło
- O Boże! - krzyknęłam
- Co się stało? - mąż patrzył na mnie z niepokojem
- w tym samochodzie przecież jest kamera i mikrofon i to wszystko się nagrywało -
- no i co z tego? - mój mąż nie mógł zrozumieć co mnie tak przeraziło
- jak to co? ja cały czas jęczałam błagając o boskie wsparcie a na koniec powiedziałam "dupa". To wszystko się nagrało!
- oj, wielkie rzeczy, to się najwyżej trochę pośmieją z ciebie. - po czym przytulił mnie czule i pojechaliśmy do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz