Renka jest zgrabna i nieduża. Ma fantastyczną sylwetkę i choć może nie jest najbardziej trendy to ma jednak swój charakter. Bardzo ją lubię, tą moją Renkę. Kiedy jedziemy razem ona mruczy cichutko. Tłumaczę jej zawsze gdzie teraz pojedziemy, co za chwilę zrobię, i czego od niej oczekuję. Mówię żeby się nie bała, że damy sobie radę. Proszę, by nie przegapiła skrzyżowania, na którym będziemy musiały skręcić, bo ja jakoś ciągle mam problemy z patrzeniem na boki. Więc mówię do Renki, przypominam jej uważała i żeby się nie zgubiła razem ze mną w szerokim świecie. A ona dalej cicho pomrukuje i spokojnie robi swoje.
Nie od razu ją miałam. Pierwsze kilometry samodzielnej jazdy zaliczałam na mężowskim Fordzie Fokusie, kombiaku. I choć jestem niewielkiej postury, jakoś wcale to Fordowi nie przeszkadzało. Dosięgałam swobodnie do pedałów, fotel się podnosił i wszystko przed sobą widziałam doskonale. Mąż pozwalał mi co drugi tydzień jeździć Fordem do pracy. To nie było trudne. Droga jest prosta. W zasadzie po wyjechaniu z podwórka wbijam się na lewy pas i cały czas jestem na głównej. Wszystkie skrzyżowania są ze światłami. Zajeżdżam sobie prościutko pod moją szkołę. No cóż, wiem, że nie powinno się jeździć lewym pasem. Staram się nie wstrzymywać ruchu i nie być zawalidrogą. Trzymam się w miarę blisko za samochodem jadącym przede mną. Dlaczego jadę lewym? Bo boję się zmieniania pasów. Mam ciągle problem z oceną czy samochód za mną jest wystarczająco daleko, czy może jednak zbyt blisko mojej Renki? Kursanci jeżdżą zawsze prawym pasem z przepisową prędkością, więc małe mają szanse by opanować dobrze manewr wyprzedzania i zmieniania pasów. A tu się okazuje, że trudno jechać z prędkością 50 km na godzinę w ruchu miejskim. No i te tiry, jeden za drugim na prawym pasie…nie lubię jechać między nimi. Ale poza tą jedną trasą staram się trzymać prawego pasa. Tylko że ja uwielbiam moją trasę do szkoły! I w zasadzie innymi nie chcę jeździć. I choć jadę w zasadzie cały czas w korku to nie przeszkadza mi to. Mówię wtedy do Renki:
- Nie martw się, przynajmniej nauczymy się perfekcyjnie ruszać i zatrzymywać- Trenuję w tych korkach płynność zmiany biegów, ruszanie i hamowanie. Poza tym wcale mnie nie denerwują korki. I tak będę szybciej u celu niż gdybym jechała tramwajem. Więc po co się denerwować?
Mam jeszcze drugą ulubioną trasę na ogródek. Wożę wtedy z sobą nawet pasażera. Mój pies, wiernie i ze stoickim spokojem siedzi w bagażniku i spogląda jak sfinks w tylną szybę. Nie boi się ze mną jeździć wcale. Wie, że u celu podróży jest trawa, grządki do grzebania łapkami i rosną smaczne roślinki. Figo samodzielnie potrafi zrywać sobie strączki zielonego groszku czy wybierać okrągłe, dojrzałe rzodkiewki.
Dumna jestem z tego, że teraz mogę sama pojechać sobie na ogródek wtedy gdy mam tylko na to ochotę. Nie muszę nikogo prosić żeby mnie tam zawiózł. I o to przecież chodziło.
sobota, 18 lutego 2012
środa, 15 lutego 2012
asekuracja czyli przydługi wstęp ku pokrzepieniu serc
Jeśli choć raz w życiu stwierdziłeś, że: „baby nie powinny jeździć…” albo że „w pewnym wieku nie powinni przyjmować kobiet na kursy prawa jazdy…” albo uważasz, że „każda kobieta stanowi zagrożenie na drodze…” lub w ogóle, że po 50 roku życia to już tylko dać człowiekowi wnuki do bawienia, wysłać na ogródek aby się dotlenił troszkę, albo najlepiej niech sobie posiedzi w parku na ławce, żeby się nie zmęczył stary człowiek oddychaniem zanadto…”
No więc jeśli utożsamiasz się z którymkolwiek z tych stwierdzeń choć odrobinę, to lepiej nie czytaj tego co tu wypisuję, bo się niepotrzebnie Drogi Czytelniku zdenerwujesz i jeszcze Ci ciśnienie podskoczy. A ja nie chcę nikogo denerwować. Więc jeśli uważasz że są granice wieku, które ograniczają stawianie sobie celów, to szkoda twojego czasu na mojego bloga.
Mam jednak nadzieję i wielką ufność, że zaglądają tu ludzie otwarci na innych, dla których wiek nie stanowi żadnych ograniczeń. No i koniecznie musi tu zaglądać każdy, kto ma poczucie humoru. Tak, to chyba jest najważniejsze: poczucie humoru no i jeszcze odrobina tolerancji dla ludzkiej niedoskonałości. Bo prawda jest taka, że jedni uczą się szybciej, a inni wolniej. A innym trzeba dostosować metody do ich możliwości poznawczych. Ważne żeby człowiek chciał się uczyć w ogóle czegokolwiek i przez całe życie, i żeby go to bawiło. Bo to już jest sprawdzone naukowo: najszybciej się uczysz gdy sprawia Ci to radość i przyjemność. To tajemnica do sukcesu. I tego się będę trzymać.
Musiałam zrobić ten hmm, trochę dziwny i przydługi wstęp, ponieważ chciałabym aby moje doświadczenia bardzo opornej i upartej „kierowniczki auta” (ciekawe że nawet nie ma normalnego odpowiednika żeńskiego dla kierowcy?) przydały się tym wszystkim, którzy przechodzą podobną do mojej „drogę przez mękę”(bo ja ciągle jeszcze walczę z tym jeżdżeniem!). Wiem, że doświadczenia, szczere i otwarte mówienie o tym, że coś sprawia nam trudność może „podnieść na duchu czy dodać skrzydeł” innym. Nie mam kompleksów. Znam swoje ułomności. A któż ich nie ma? I znam też swoje mocne strony. Nie chcę pisać o tym co mi wychodzi, lecz o tym, co jest dla mnie nie lada wyzwaniem i czemu chcę stawiać czoła. No i chcę pokazać wszystkim, którzy zaczynają w siebie wątpić, że te ułomności można pokochać czy choćby zaakceptować.
W każdym razie, jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś mnie pokona. W końcu ja zdałam dopiero za 12 razem! I byłam zdecydowana dalej zdawać jeśli tak by się zdarzyło.
Więc jeśli choć jedną osobę uda mi się swoim pisaniem przekonać do tego, że warto zacisnąć zęby aby zrealizować swoje cele, to będzie warto!
No więc jeśli utożsamiasz się z którymkolwiek z tych stwierdzeń choć odrobinę, to lepiej nie czytaj tego co tu wypisuję, bo się niepotrzebnie Drogi Czytelniku zdenerwujesz i jeszcze Ci ciśnienie podskoczy. A ja nie chcę nikogo denerwować. Więc jeśli uważasz że są granice wieku, które ograniczają stawianie sobie celów, to szkoda twojego czasu na mojego bloga.
Mam jednak nadzieję i wielką ufność, że zaglądają tu ludzie otwarci na innych, dla których wiek nie stanowi żadnych ograniczeń. No i koniecznie musi tu zaglądać każdy, kto ma poczucie humoru. Tak, to chyba jest najważniejsze: poczucie humoru no i jeszcze odrobina tolerancji dla ludzkiej niedoskonałości. Bo prawda jest taka, że jedni uczą się szybciej, a inni wolniej. A innym trzeba dostosować metody do ich możliwości poznawczych. Ważne żeby człowiek chciał się uczyć w ogóle czegokolwiek i przez całe życie, i żeby go to bawiło. Bo to już jest sprawdzone naukowo: najszybciej się uczysz gdy sprawia Ci to radość i przyjemność. To tajemnica do sukcesu. I tego się będę trzymać.
Musiałam zrobić ten hmm, trochę dziwny i przydługi wstęp, ponieważ chciałabym aby moje doświadczenia bardzo opornej i upartej „kierowniczki auta” (ciekawe że nawet nie ma normalnego odpowiednika żeńskiego dla kierowcy?) przydały się tym wszystkim, którzy przechodzą podobną do mojej „drogę przez mękę”(bo ja ciągle jeszcze walczę z tym jeżdżeniem!). Wiem, że doświadczenia, szczere i otwarte mówienie o tym, że coś sprawia nam trudność może „podnieść na duchu czy dodać skrzydeł” innym. Nie mam kompleksów. Znam swoje ułomności. A któż ich nie ma? I znam też swoje mocne strony. Nie chcę pisać o tym co mi wychodzi, lecz o tym, co jest dla mnie nie lada wyzwaniem i czemu chcę stawiać czoła. No i chcę pokazać wszystkim, którzy zaczynają w siebie wątpić, że te ułomności można pokochać czy choćby zaakceptować.
W każdym razie, jest małe prawdopodobieństwo, że ktoś mnie pokona. W końcu ja zdałam dopiero za 12 razem! I byłam zdecydowana dalej zdawać jeśli tak by się zdarzyło.
Więc jeśli choć jedną osobę uda mi się swoim pisaniem przekonać do tego, że warto zacisnąć zęby aby zrealizować swoje cele, to będzie warto!
niedziela, 12 lutego 2012
Reaktywacja
Hello?
To znowu ja. Po długiej przerwie znowu się pokazuję.
Co u mnie słychać? No cóż, nie poddaję się. Jeżdżę i każdego dnia gdy boję się, że sobie nie poradzę na drodze, to zaciskam zęby i wsiadam do mojej „Renki”. Prawdę mówiąc nie jest ze mnie najlepszy kierowca. Bojaźliwa, nieco zbyt ostrożna, zbyt mocno analizująca wszystko, co się na drodze może przytrafić. Nie ufam tak do końca ani sobie ani innym. I pewnie szło by mi lepiej, gdyby nie całe mnóstwo facetów trąbiących na mnie, nerwowo próbujących mnie wyprzedzać tylko po to, żeby zaraz potem zatrzymać się przede mną na światłach. Czasami zastanawiam się: po co mi to było? Czy po to by po raz pierwszy w życiu ktoś nazwał mnie głupią babą? Pokazał środkowy palec i nie tylko…Trudno być na drodze miłą, uczynną. Gdy kogoś wpuszczam, żeby ułatwić mu włączenie się do ruchu, to innym skacze ciśnienie. Albo kiedy zatrzymuję się przed pasami? Tak jak mnie uczono. To inni też się denerwują. No i mam wrażenie, że tylko ja jedna jadę z przepisowa prędkością.
Mąż bardzo szybko odetchnął z ulgą, że już nie musi ze mną jeździć. On też spieszy się nie wiadomo gdzie i po co? I wyzywa na innych, co wolniej jadą przed nim. Ciekawe dlaczego? Przecież oni go nie słyszą? Tylko ja się denerwuję siedząc obok niego. A potem gdy sama prowadzę to się stresuję, że inni tak jak on, wyzywają na mnie w swoich samochodach. Jakoś mój mąż przestał nagle być wyrozumiały dla początkujących kierowców.
Chciałam kupić sobie zielony listek, ale przyjaciółka szybko wybiła mi to z głowy.
- zwariowałaś?! Dopiero będą na ciebie trąbić. Ja popełniłam ten błąd. Myślałam, że mnie zabiją na drodze jak miałam ten listek. Żadnych zielonych listków! Udawaj, że jesteś wytrawnym kierowcą!
Tak więc każdego dnia udaję, że nic nie jest mi straszne. Wsiadam rankiem do mojej Renki i przekonuje Pana Boga, że wszystko jest ok, i żeby życzliwym okiem na mnie spogladał.
Tylko moja córka wierzyła we mnie od początku i chętnie ze mną jeździła. I wcale nie narzekała, że jestem beznadziejna!
W końcu i ona dojrzała do tego, aby zdobyć prawko.
Całe szczęście, że nie czekała aż jej czwarty krzyżyk poleci.
Tym razem więc jestem tutaj, żeby się pochwalić moją córką! Zdała egzamin za drugim podejściem. A tak w zasadzie powinna go zdać już przy pierwszym. Świetnie jej poszło, tylko dziura w drodze zawiniła. Ot cóż znaczy młodość, wiara w siebie i umiejętność radzenia sobie w sytuacji stresowej.
Początkowo Vinka wcale nie chciała słyszeć o tym, żeby choć spróbować nauczyć się sztuki prowadzenia autka. I to nie dlatego, że moje doświadczenia ją przeraziły. Vinka po prostu nie bardzo garnęła się do jazdy.
- Po co mi prawko jak nie mam auta? A poza tym gdzie ja będę jeździła? - Na szczęście Vinka to leniuszek. Tak się złożyło, że postanowiła pojechać do Cieszyna. Wiele godzin spędzonych w pociągu sprawiło, że odkryła smutną prawdę o polskiej kolei. Nie ma powodu aby być dumnym z tradycji PKP. Nie da się już regulować zegarków według rozkładu jazdy pociągów, jak to podobno było za czasów młodości mojej babci.. Jak więc sobie moje dziecko przeliczyło ilość kilometrów i czas, w którym je pokonał pociąg, to stwierdziło, że samochodem można by w tym czasie pół kraju zjechać i jeszcze zostałby czas na nic niezrobienie.
Więc oddałam Vinkę w ręce pana Jurka. No i okazało się, że córcia ma talent. Niestety, nie mogę powiedzieć, że odziedziczyła go po mamusi. Pan Jurek nie miał z nią takich problemów jak ze mną. Vinka szybko opanowała wszystkie tajniki jazdy, poszła, zdała egzamin i teraz czeka już tylko na śliczny, nowy dokument. Zuch dziewczynka!
To znowu ja. Po długiej przerwie znowu się pokazuję.
Co u mnie słychać? No cóż, nie poddaję się. Jeżdżę i każdego dnia gdy boję się, że sobie nie poradzę na drodze, to zaciskam zęby i wsiadam do mojej „Renki”. Prawdę mówiąc nie jest ze mnie najlepszy kierowca. Bojaźliwa, nieco zbyt ostrożna, zbyt mocno analizująca wszystko, co się na drodze może przytrafić. Nie ufam tak do końca ani sobie ani innym. I pewnie szło by mi lepiej, gdyby nie całe mnóstwo facetów trąbiących na mnie, nerwowo próbujących mnie wyprzedzać tylko po to, żeby zaraz potem zatrzymać się przede mną na światłach. Czasami zastanawiam się: po co mi to było? Czy po to by po raz pierwszy w życiu ktoś nazwał mnie głupią babą? Pokazał środkowy palec i nie tylko…Trudno być na drodze miłą, uczynną. Gdy kogoś wpuszczam, żeby ułatwić mu włączenie się do ruchu, to innym skacze ciśnienie. Albo kiedy zatrzymuję się przed pasami? Tak jak mnie uczono. To inni też się denerwują. No i mam wrażenie, że tylko ja jedna jadę z przepisowa prędkością.
Mąż bardzo szybko odetchnął z ulgą, że już nie musi ze mną jeździć. On też spieszy się nie wiadomo gdzie i po co? I wyzywa na innych, co wolniej jadą przed nim. Ciekawe dlaczego? Przecież oni go nie słyszą? Tylko ja się denerwuję siedząc obok niego. A potem gdy sama prowadzę to się stresuję, że inni tak jak on, wyzywają na mnie w swoich samochodach. Jakoś mój mąż przestał nagle być wyrozumiały dla początkujących kierowców.
Chciałam kupić sobie zielony listek, ale przyjaciółka szybko wybiła mi to z głowy.
- zwariowałaś?! Dopiero będą na ciebie trąbić. Ja popełniłam ten błąd. Myślałam, że mnie zabiją na drodze jak miałam ten listek. Żadnych zielonych listków! Udawaj, że jesteś wytrawnym kierowcą!
Tak więc każdego dnia udaję, że nic nie jest mi straszne. Wsiadam rankiem do mojej Renki i przekonuje Pana Boga, że wszystko jest ok, i żeby życzliwym okiem na mnie spogladał.
Tylko moja córka wierzyła we mnie od początku i chętnie ze mną jeździła. I wcale nie narzekała, że jestem beznadziejna!
W końcu i ona dojrzała do tego, aby zdobyć prawko.
Całe szczęście, że nie czekała aż jej czwarty krzyżyk poleci.
Tym razem więc jestem tutaj, żeby się pochwalić moją córką! Zdała egzamin za drugim podejściem. A tak w zasadzie powinna go zdać już przy pierwszym. Świetnie jej poszło, tylko dziura w drodze zawiniła. Ot cóż znaczy młodość, wiara w siebie i umiejętność radzenia sobie w sytuacji stresowej.
Początkowo Vinka wcale nie chciała słyszeć o tym, żeby choć spróbować nauczyć się sztuki prowadzenia autka. I to nie dlatego, że moje doświadczenia ją przeraziły. Vinka po prostu nie bardzo garnęła się do jazdy.
- Po co mi prawko jak nie mam auta? A poza tym gdzie ja będę jeździła? - Na szczęście Vinka to leniuszek. Tak się złożyło, że postanowiła pojechać do Cieszyna. Wiele godzin spędzonych w pociągu sprawiło, że odkryła smutną prawdę o polskiej kolei. Nie ma powodu aby być dumnym z tradycji PKP. Nie da się już regulować zegarków według rozkładu jazdy pociągów, jak to podobno było za czasów młodości mojej babci.. Jak więc sobie moje dziecko przeliczyło ilość kilometrów i czas, w którym je pokonał pociąg, to stwierdziło, że samochodem można by w tym czasie pół kraju zjechać i jeszcze zostałby czas na nic niezrobienie.
Więc oddałam Vinkę w ręce pana Jurka. No i okazało się, że córcia ma talent. Niestety, nie mogę powiedzieć, że odziedziczyła go po mamusi. Pan Jurek nie miał z nią takich problemów jak ze mną. Vinka szybko opanowała wszystkie tajniki jazdy, poszła, zdała egzamin i teraz czeka już tylko na śliczny, nowy dokument. Zuch dziewczynka!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
