Tak, stało się. W końcu zdałam ten egzamin. Za dwunastym razem (piszę słownie, bo to nie wygląda tak strasznie jak liczbą i może nikt nie zauważy). Nie mogę w to po prostu uwierzyć. Zdałam! I w dodatku nie popełniłam żadnego błędu.
Nie było łatwo. Oblewałam w różnych sytuacjach, ale najczęściej wymuszając pierwszeństwo.
Przełom nastąpił przy przedostatnim egzaminie. Zadzwoniłam przed nim do mojej znajomej, która zajmuje się terapią.
-Beata, coś mam chyba z głową, pomóż mi opanować stres, bo jego poziom jest tak duży, że nie potrafię zapanować nad własnym ciałem - opisałam jej w rozmowie telefonicznej wszystkie symptomy. Mdłości, drżenie rąk i nóg, które uniemożliwia zapanowanie nad pedałami sprzęgła i gazu. Nie oczekiwałam cudu, ale każda pomoc może się przydać. Beata zaproponowała mi kilka ćwiczeń relaksacyjnych, wizualizację i wypracowanie czegoś, co nazwała "kotwicą bezpieczeństwa". Zaczęłam to ćwiczyć. Jeździłam też popołudniami z mężem po rejonie egzaminacyjnym i analizowałam wszystkie sytuacje drogowe. Zapewniłam sobie wsparcie rodziny na egzaminie. Koniec z męczeniem się i zdawaniem po kryjomu. Poprosiłam męża, siostrę i szwagra, żeby byli tam ze mną. I zapisałam się na 11 egzamin. I stał się cud. Po raz pierwszy nie latało mi kolano, nie pociły się ręce, nie chciało mi się wymiotować i płakać. Skupiłam się na tym, żeby rodzina zobaczyła jak ładnie robię wszystko na placu. Potem wyjechałam na miasto i wszystko szło dobrze, dopóki nie wpakowałam się bez kierunkowskazu na lewy pas. Koszmar, nie zrozumiałam polecenia egzaminatora i jak się zorientowałam w tym, to wpadłam w panikę. Do WORDU wjechałam siedząc obok egzaminatora. Mąż był wściekły, nawet nie umiał tego ukryć. Ale siostra powiedziała, że jest ze mnie dumna.
W nocy dostałam ataku jakiejś kolki, potem wyczytałam w internecie, że to mógł być ból spowodowany stresem. Ale zapisałam się na drugi dzień na następny egzamin. Egzamin "ostatniej szansy" bo od przyszłego tygodnia musiałabym zdać powtórnie teorię i znowu wykupić 5 godzin jazdy. Ćwiczyłam intensywnie te ćwiczenia relaksacyjne, starałam się wizualizować zdanie egzaminu.Mało tego, żeby zmniejszyć strach przed egzaminatorami to wyobrażałam ich sobie w sytuacjach ośmieszających ich. Na przykład, że siedzą koło mnie na golasa w dziurawych skarpetkach , albo i piżamie i szlafmycy na głowie. To działa!
Dziś szłam na egzamin z postanowieniem, że jeśli nie zdam, to zrobię sobie dłuższą przerwę. Ja już strasznie zafiksowałam się na te egzaminy. Maniakalnie wręcz, ciągle o tym potrafiłam rozprawiać. Każdą rozmowę potrafiłam sprowadzić do tematu jazdy samochodem i moich problemów egzaminacyjnych. To zaczynało mnie poważnie niepokoić. Ta sytuacja już po prostu trwała zbyt długo. A ja nie dopuszczałam nawet myśli, że mogę zrezygnować. To mój demon, i trzeba go po prosu pokonać. Więc pojechałam dziś na egzamin z mężem. Poprosiłam siostrę o to, żeby przyjechała. Przed egzaminem przejechaliśmy wszystkie niebezpieczne miejsca. Już na placu zrobiłam kilka ćwiczeń oddechowych, zwizualizowałam sobie pozytywny koniec egzaminu i poszłam zdać.
Specjalnie wybrałam do łuku tor, na którym rodzina będzie mnie dobrze widziała. Zrobiłam łuk bez mrugnięcia oka upajając się faktem, że panuje nad swoim ciałem. Potem wjechała spokojnie na górkę, poszło jak po maśle. Dostałam dobrego egzaminatora. Nie jakiś GPS, bez emocji, i ludzkich odruchów, ale ciepły, czujący człowiek. Taki z jakim dobrze mi się porozumiewa. Nie bałam się go. Jeździłam 40 minut i bezbłędnie wykonałam wszystkie polecenia. Sama sobie na głos tłumaczyłam różne sytuacje drogowe. To przestało być w końcu straszne! Dawałam sobie radę. Choć czasem zachowywałam się dziwnie.
-Proszę zawrócić z wykorzystaniem biegu wstecznego - powiedział w pewnym momencie egzaminator. -
Przez moment zwątpiłam. Zawsze kazali mi zawracać z wykorzystaniem bramy wjazdowej, a tu nie ma bramy tylko jest miejsce pomiędzy zaparkowanymi samochodami.
- Jakiś problem? - spytał egzaminator widząc, że się zastanawiam co zrobić.
- tak, tu nie ma bramy wjazdowej - odpowiedziałam
- co to oznacza? - egzaminator był zdziwiony
- no, normalnie, zawsze kazali mi to robić z wykorzystaniem bramy wjazdowej, a tu jej nie ma -
- A gdyby była Pani na trasie , to bez bramy tez Pani nie potrafi zawrócić? Pojedzie Pani na koniec świata, bo nie ma bramy?
Roześmiałam się i bez nerwów mówię:
- To mogłoby być całkiem ciekawe. Pojechać na koniec świata...
No i poradziłam sobie, włączyłam wsteczny, kierunkowskaz i zawróciłam wykorzystując miejsce parkingowe. Wiedziałam już, że tym razem sobie poradzę.
Kiedy wjechałam z powrotem na plac manewrowy to myślałam, że rzucę się temu egzaminatorowi na szyję z radości.
-Zdałam? - spytałam podskakując na fotelu
- No, nie wiem. Z przykrością muszę powiedzieć, że spotykamy się na tym placu po raz ostatni.
Mało nie oszalałam. Skakałam po placu jak jakaś koza machając kartą egzaminacyjną. To niewiarygodne. Zdałam.
Teraz siedzę w domu, piję drugiego drinka i się zastanawiam:
- czy to koniec mojej przygody? A może to dopiero początek. Bo teraz trzeba będzie samodzielnie wsiąść do samochodu. Obok nie będzie instruktora co ma drugi pedał hamulca. Będę musiała zdać się tylko na siebie. Ale wiem, że dam radę. Pokonałam swój strach. Udowodniłam sobie, że mogę jeździć, że potrafię zdać ten egzamin. Teraz zmierzę się z innymi moimi demonami. Pokonam je wszystkie. A za rok umówiłam się z moim siostrzeńcem na kurs jazdy ekstremalnej. To dopiero będzie jazda!
piątek, 2 lipca 2010
czwartek, 27 maja 2010
wtorek, 18 maja 2010
Jak zbity pies
Co jest ze mną nie tak? Mam wrażenie, że zamiast się rozwijać, to ja cofam się w rozwoju. Sześć zawalonych egzaminów. Normalny człowiek powiedziałby sobie, że dosyć, że widać nie mam do tego predyspozycji. I czas się wycofać. A ja nie umiem. Dręczę się, czuję, że jestem potwornie zmęczona tą całą sytuacją. Nie śpię po nocach, ciągle analizuję co jest ze mną nie tak. Dziś po raz pierwszy płakałam kiedy wychodziłam z WORDU. Za tydzień minie pół roku od egzaminu teoretycznego i będę musiała go powtórzyć. Dopiero w niedzielę dostanę zaświadczenie, że wykupiłam obowiązkowe jazdy doszkalające. Boże, ja już mam tyle godzin wyjechanych, że mogłabym na samolotach latać! I co? Nie umiałam dziś włączyć światła przeciwmgłowego. Jak ostatnia kretynka. Siedziałam w samochodzie i prawie ryczałam z bezsilności. To jest okropne. Do głowy mi nie przyszło, że najpierw muszę włączyć światła mijania. Przecież gdybym w normalnych warunkach musiała włączyć te cholerne światło, to bym to zrobiła bez żadnego problemu, bo wiem, gdzie ono jest i jak się je włącza. Światła mijania przecież byłyby już włączone. Głupota czy zaćmienie umysłowe? Sama nie wiem, ale coraz częściej odpowiadam sobie, że to po prostu moja głupota. Tak, że dziś oblałam już po 5 minutach, bo tyle miałam czasu na wykonanie pierwszego zadania, czyli omówienia wylosowanego rodzaju światła i płynu. Oblałam nie włączając nawet silnika. Tylko co to ma wspólnego z jeżdżeniem? Moja głupota to jedno, a procedura egzaminacyjna to druga głupota.
- Ma pani prawo do kontynuowania egzaminu, ale wynik i tak jest negatywny. Czy chce pani kontynuować? - spytał beznamiętnie egzaminator
- Tak, chcę dalej kontynuować- sama nie wierzyłam, że to mówię. - Po jaką cholerę chcę się dalej umartwiać? Powinnam trzasnąć drzwiami i powiedzieć, że ja już pasuję - ale nie, ja dalej chce się dręczyć, choć jestem zła, załamana, zaryczana i bez żadnej motywacji. Zrobiłam więc łuk, potem zaliczyłam górkę, a potem wyjechałam na miasto.
- A co, zapłaciłam za ten egzamin. To przynajmniej wykorzystam czas, za który zapłaciłam. -
Ten egzaminator był młodym człowiekiem, beznamiętnie wydawał mi polecenia, nie komentował, nie wyrażał żadnych uczuć. Więc ja też starałam się beznamiętnie stosować do jego poleceń. Silnik mi dziś nie gasł, to chyba jedyna dobra strona dzisiejszego egzaminu. Trudno było mi jednak skoncentrować się. Cały czas o tych światłach myślałam. Jechaliśmy znaną mi trasą. Tą samą, która jechałam pierwszy raz. No i chyba dlatego na jednym skrzyżowaniu znowu nie posłuchałam polecenia.
- Na skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo - powiedział egzaminator. Przeanalizowałam sytuację zwracając uwagę na to, która droga jest główna, przepuściłam samochody nadjeżdżające z prawej, a potem włączyłam lewy kierunkowskaz i skręciłam w lewo pakując się na główną i wymuszając pierwszeństwo. Dobrze chociaż, że właściwy kierunkowskaz włączam.Egzaminator dał po hamulcach, spokojnie powiedział gdzie mam podjechać i zamienił się ze mną miejscami. Żadnych uwag, żadnych komentarzy. Mnie już i tak było wszystko jedno. Wolę jednak jak egzaminator ma bardziej ludzkie odruchy, niechby nawet trochę krzyknął. A ten był jak jakiś GPS. Zabrałam swoją kartę egzaminacyjna i rycząc krokodylowymi łzami poszłam na parking. Mąż nawet nie pytał co się stało.
- Ma pani prawo do kontynuowania egzaminu, ale wynik i tak jest negatywny. Czy chce pani kontynuować? - spytał beznamiętnie egzaminator
- Tak, chcę dalej kontynuować- sama nie wierzyłam, że to mówię. - Po jaką cholerę chcę się dalej umartwiać? Powinnam trzasnąć drzwiami i powiedzieć, że ja już pasuję - ale nie, ja dalej chce się dręczyć, choć jestem zła, załamana, zaryczana i bez żadnej motywacji. Zrobiłam więc łuk, potem zaliczyłam górkę, a potem wyjechałam na miasto.
- A co, zapłaciłam za ten egzamin. To przynajmniej wykorzystam czas, za który zapłaciłam. -
Ten egzaminator był młodym człowiekiem, beznamiętnie wydawał mi polecenia, nie komentował, nie wyrażał żadnych uczuć. Więc ja też starałam się beznamiętnie stosować do jego poleceń. Silnik mi dziś nie gasł, to chyba jedyna dobra strona dzisiejszego egzaminu. Trudno było mi jednak skoncentrować się. Cały czas o tych światłach myślałam. Jechaliśmy znaną mi trasą. Tą samą, która jechałam pierwszy raz. No i chyba dlatego na jednym skrzyżowaniu znowu nie posłuchałam polecenia.
- Na skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo - powiedział egzaminator. Przeanalizowałam sytuację zwracając uwagę na to, która droga jest główna, przepuściłam samochody nadjeżdżające z prawej, a potem włączyłam lewy kierunkowskaz i skręciłam w lewo pakując się na główną i wymuszając pierwszeństwo. Dobrze chociaż, że właściwy kierunkowskaz włączam.Egzaminator dał po hamulcach, spokojnie powiedział gdzie mam podjechać i zamienił się ze mną miejscami. Żadnych uwag, żadnych komentarzy. Mnie już i tak było wszystko jedno. Wolę jednak jak egzaminator ma bardziej ludzkie odruchy, niechby nawet trochę krzyknął. A ten był jak jakiś GPS. Zabrałam swoją kartę egzaminacyjna i rycząc krokodylowymi łzami poszłam na parking. Mąż nawet nie pytał co się stało.
czwartek, 13 maja 2010
"Lewoskręt"
Nawet mi się nie chce opisywać dzisiejszego egzaminu. Mąż nadał mi ksywkę "Lewoskręt". Jak łatwo się domyślić znowu oblałam. I to jak! Po zaliczeniu wszystkich zadań, 40 minutach jazdy po mieście, kiedy w zasadzie już wracaliśmy do WORDU, egzaminator kazał mi skręcić w lewo. I co ja zrobiłam? Zaczęłam zawracać, i to w nieprawidłowy sposób, pod prąd, zajeżdżając drogę kierowcy jadącemu na wprost z lewej.Czepiłam sie lewego krawężnika jak tonący brzytwy. Inni kierowcy zgłupieli na mój widok, egzaminator zawołał"
- Co pani robi?!
No i wpadłam w panikę, zamiast już dokończyć ten głupi manewr zawracania, to ja usiłowałam dokonać skrętu w lewo, ale to już było niemożliwe.
- Proszę zjechać na pobocze - powiedział egzaminator jak już się zorientował, że nie wyjdę z tej opresji obronną ręką.
- No i co pani najlepszego zrobiła? I to już na sam koniec. Mieliśmy już wracać do WORDU. Wynik byłby pozytywny.
- Co ze mną jest nie tak?- pomyślałam. Ostatnim razem na polecenie skręcenia w lewo uparłam się jechać na siłę na wprost, a dziś na polecenie skrętu w lewo zawzięłam się, żeby zawrócić.
Przecież nie denerwowałam się za bardzo. Mam wrażenie, że ja jeżdżę "na pamięć". Wyjeździłam już tyle godzin po rejonie egzaminacyjnym, że niektóre trasy znam na pamięć. W miejscu dzisiejszej klęski zawsze ćwiczyłam zawracanie. Ta ulica po prostu kojarzy mi się z zawracaniem. Natomiast poprzednie skrzyżowanie to miejsce gdzie zawsze skręcałam w prawo lub jechałam na wprost. Mój mąż natomiast stwierdził, że ja mam wrodzony brak umiejętności podporządkowywania się poleceniom.
- Bo ty zawsze chcesz rządzić. Zrozum, że czasem masz po prostu słuchać i robić co ci inni każą.
Nie wiem, może coś w tym jest. Zadzwoniłam do pana Jurka z przeprosinami, że zaniżam mu statystykę.
- Nie martw się, popatrz na to z innej strony. Potrafiłaś wykonać samodzielnie wszystkie zadania. Prawie zdałaś - odpowiedział po wysłuchaniu mojej relacji z egzaminu.
Umówiłam się więc z nim na jeszcze jedną jazdę i zapisałam na następny egzamin.
A egzaminator powiedział, że pierwszy raz trafiła mu się osoba, która cieszy się z niezdanego egzaminu. Bo powiedziałam mu, że to nic, że nie zdałam. Skoro robię jeszcze takie głupoty, to znaczy, że nie powinnam jeździć po ulicach. Stanowię zbyt duże zagrożenie dla siebie i innych. A ja chcę być bezpiecznym kierowcą. Muszę jeszcze ćwiczyć.
A tak na marginesie, to dziś od świtu znowu lał deszcz. Typowe.
- Co pani robi?!
No i wpadłam w panikę, zamiast już dokończyć ten głupi manewr zawracania, to ja usiłowałam dokonać skrętu w lewo, ale to już było niemożliwe.
- Proszę zjechać na pobocze - powiedział egzaminator jak już się zorientował, że nie wyjdę z tej opresji obronną ręką.
- No i co pani najlepszego zrobiła? I to już na sam koniec. Mieliśmy już wracać do WORDU. Wynik byłby pozytywny.
- Co ze mną jest nie tak?- pomyślałam. Ostatnim razem na polecenie skręcenia w lewo uparłam się jechać na siłę na wprost, a dziś na polecenie skrętu w lewo zawzięłam się, żeby zawrócić.
Przecież nie denerwowałam się za bardzo. Mam wrażenie, że ja jeżdżę "na pamięć". Wyjeździłam już tyle godzin po rejonie egzaminacyjnym, że niektóre trasy znam na pamięć. W miejscu dzisiejszej klęski zawsze ćwiczyłam zawracanie. Ta ulica po prostu kojarzy mi się z zawracaniem. Natomiast poprzednie skrzyżowanie to miejsce gdzie zawsze skręcałam w prawo lub jechałam na wprost. Mój mąż natomiast stwierdził, że ja mam wrodzony brak umiejętności podporządkowywania się poleceniom.
- Bo ty zawsze chcesz rządzić. Zrozum, że czasem masz po prostu słuchać i robić co ci inni każą.
Nie wiem, może coś w tym jest. Zadzwoniłam do pana Jurka z przeprosinami, że zaniżam mu statystykę.
- Nie martw się, popatrz na to z innej strony. Potrafiłaś wykonać samodzielnie wszystkie zadania. Prawie zdałaś - odpowiedział po wysłuchaniu mojej relacji z egzaminu.
Umówiłam się więc z nim na jeszcze jedną jazdę i zapisałam na następny egzamin.
A egzaminator powiedział, że pierwszy raz trafiła mu się osoba, która cieszy się z niezdanego egzaminu. Bo powiedziałam mu, że to nic, że nie zdałam. Skoro robię jeszcze takie głupoty, to znaczy, że nie powinnam jeździć po ulicach. Stanowię zbyt duże zagrożenie dla siebie i innych. A ja chcę być bezpiecznym kierowcą. Muszę jeszcze ćwiczyć.
A tak na marginesie, to dziś od świtu znowu lał deszcz. Typowe.
poniedziałek, 10 maja 2010
Porażka czy sukces?
Źle spałam, jak zwykle przed egzaminem. Całą siłą woli opanowywałam emocje, żeby nie spanikować. Wieczorem poprosiłam córkę, żeby sprawdziła jaka będzie pogoda jutrzejszego dnia.
- Mamo, nie ma takiej potrzeby. Masz egzamin więc to jasne, jutro od rana będzie lało- stwierdziła Malwina
No i wykrakała. O siódmej rano obudził mnie potężny deszcz. Wstałam i od razu wpadłam w panikę: - przecież ja nie umiem włączać wycieraczek! - koszmar jakiś, znowu mam oblać i to z takiej głupoty? Na szczęście idę rano do pracy, a tam będzie Basia i jej Clio. Poproszę żeby mi pokazała jak się włącza te wycieraczki.
Wpadłam do sekretariatu.
- Gdzie Basia? -
- Na lekcji, a co się stało? - spytała zdenerwowana Dorotka
- Nic, jeszcze nic. Musi mi pokazać jak się włącza wycieraczki.
Wszyscy w sekretariacie ze współczuciem spojrzeli na mnie.
- Oj, niech już pani w końcu zda ten egzamin, bo my już nerwowo nie wytrzymujemy.-
Basia na przerwie poszła ze mną na parking. Pokazała jak działają przełączniki od wycieraczek. Przećwiczyłam jeszcze światła, sprawdziłam, które można włączać bez uruchamiania stacyjki, czyli bez zapłonu. No, trochę się uspokoiłam.
Egzamin mam na 13.00. Z pracy wyszłam o 11.30. Ciągle padał deszcz. Do WORDU zajechałam parę minut po 12.00. Stanęłam sobie przy wyjeździe i obserwowałam wyjeżdżające na egzamin samochody. Potem poszłam do poczekalni. Siedziały tam dwie młode dziewczyny. Jedna z obrazkami ilustrującymi przełączniki świateł denerwowała się, że nie umie tego zapamiętać.
- Niech się pani nie denerwuje, - próbowałam ją uspokoić - na placu sobie pani wszystko przypomni, to akurat nie jest trudne - Boże! Jaka ja jestem tu mądra, a sama dygocę ze strachu
- Tak, tak, ja już ósmy raz zdaję - dodała druga
- Egzaminatorzy mnie już znają, nawet mi się kłaniają - dodała ze śmiechem, po czym pokazując palcem na plac manewrowy dodała:
- O, widzi pani tego egzaminatora w marynarce? Bardzo sympatyczny. Na pierwszy rzut oka trochę szorstki, ale dobry człowiek i miły-
Pomyślałam, że dobrze byłoby trafić na niego. Miło porozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas.
Kiedy wywołali nas o 13.00 do barierki przestało padać i wyszło słońce.
- To dobry znak - powiedziałam do moich nowych znajomych. I naprawdę poczułam, że to jakiś znak. Wyczytano moje nazwisko dosyć szybko. Podeszłam do miejsca oczekiwania na egzaminatora i tylko modliłam się, żeby mnie nie wylosowała egzaminatorka o bląd włosach. Nie wyglądała sympatycznie i nic dobrego o niej nie słyszałam. I w tym momencie podszedł do mnie ten egzaminator w marynarce. Wymienił moje nazwisko.
- To ja - odpowiedziałam uśmiechając się najmilej jak potrafię.
- Proszę za mną.
Podeszliśmy do samochodu. Tymczasem inny egzaminator patrząc na mnie spytał:
- Boi się pani?
- Staram się nie bać - odparłam ze śmiechem
- Niech się pani nie obawia, to najmilszy egzaminator, nie licząc mnie - dodał wesoło
Chciałam mu odpowiedzieć, że może kiedyś będę miała okazję się o tym przekonać, ale nie chciałam zapeszać. Wsiadłam więc do samochodu, dopełniłam formalności, a kiedy egzaminator przedstawił się to znowu się ucieszyłam. To ten sam, u którego w zeszłym tygodniu zdawała moja znajoma. Zdała u niego, a to był jej ósmy egzamin. A ona nie mogła się nachwalić tego egzaminatora. Poczułam, że mogę dzisiaj zdać.
Wylosowałam kierunkowskazy i płyn hamulcowy. Poradziłam sobie bez problemu. A potem zrobiłam łuk! Dobrze go zrobiłam.Elegancko wjechałam przodem, wręcz idealnie, więc cofanie poszło gładko. Najgorzej było z końcówką, bo prawa noga latała mi jak szalona i już myślałam, że nad nią nie dam rady zapanować, ale udało mi się. Potem zaliczyłam górkę, musiałam ją powtórzyć bo mi silnik zgasł. A potem usłyszałam:
- Proszę przygotować się do wyjazdu. Włączyłam więc światła mijania i ruszyłam przed siebie. Czułam, że jestem na twarzy czerwona jak burak, policzki paliły żywym ogniem. Bardzo się bałam, że mi zgaśnie silnik, ale złapałam o co w tym chodzi i nie gasł. Po prostu w "benzynowcu" trzeba najpierw lekko wdusić pedał gazu i dopiero puszczać sprzęgło. Jechałam w pełnym skupieniu wykonując po kolei polecenia egzaminatora. Pamiętałam o zmianie biegów, pilnowałam szybkościomierza. Płynnie zmieniałam i redukowałam biegi. Niestety zauważyłam, że zbliżamy się do wiaduktu, którego bardzo nie lubię. Krzyżują się tam drogi, tory tramwajowe i są korki. Cud się jednak stał i sobie poradziłam. Potem skręciliśmy w rejon spokojniejszy, ale trzeba było bardzo uważać na znaki. Dużo skrzyżowań nietypowych. No i na jednym z nich wykonałam manewr zawracania. Wyszedł mi. I chyba za bardzo się ucieszyłam, chyba odprężyłam się zanadto, bo zaraz wjechaliśmy na drogę trzy - pasmową ze światłami.
- Na najbliższym skrzyżowaniu będziemy skręcać w lewo - wydał polecenie egzaminator. I tu zrobiłam głupotę. Niepotrzebnie zjechałam z prawego pasa na lewy przygotowując się do skręcania w lewo. Z obu tych pasów mogłam skręcać. I zamiast już dokończyć skręt na lewym pasie, to ja nagle wjechałam bez ostrzeżenia na prawy zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Wiele nie brakowało a skasowałabym autko. Moja wina, okropny błąd, wiem o tym. Ale egzaminator był bardzo w porządku. Omówił ze mną całą jazdę. Powiedział co mu się podobało, a nad czym powinnam jeszcze popracować. Nie stresował mnie, nie denerwował. Był rzeczowy i konkretny.
Podsumowując więc, dochodzę do wniosku, że nie mogę traktować dzisiejszego egzaminu jak porażki. To zdecydowanie jest mój duży sukces. Dziś uwierzyłam naprawdę, że mogę zdać. Po raz pierwszy właściwie poznałam jak wygląda egzamin w ruchu drogowym. Uporałam się z tym nieszczęsnym łukiem i wiem, że następnym razem też go zaliczę bo już wiem jak to zrobić. Jeździłam po mieście całe 20 minut.
- Mamo, nie ma takiej potrzeby. Masz egzamin więc to jasne, jutro od rana będzie lało- stwierdziła Malwina
No i wykrakała. O siódmej rano obudził mnie potężny deszcz. Wstałam i od razu wpadłam w panikę: - przecież ja nie umiem włączać wycieraczek! - koszmar jakiś, znowu mam oblać i to z takiej głupoty? Na szczęście idę rano do pracy, a tam będzie Basia i jej Clio. Poproszę żeby mi pokazała jak się włącza te wycieraczki.
Wpadłam do sekretariatu.
- Gdzie Basia? -
- Na lekcji, a co się stało? - spytała zdenerwowana Dorotka
- Nic, jeszcze nic. Musi mi pokazać jak się włącza wycieraczki.
Wszyscy w sekretariacie ze współczuciem spojrzeli na mnie.
- Oj, niech już pani w końcu zda ten egzamin, bo my już nerwowo nie wytrzymujemy.-
Basia na przerwie poszła ze mną na parking. Pokazała jak działają przełączniki od wycieraczek. Przećwiczyłam jeszcze światła, sprawdziłam, które można włączać bez uruchamiania stacyjki, czyli bez zapłonu. No, trochę się uspokoiłam.
Egzamin mam na 13.00. Z pracy wyszłam o 11.30. Ciągle padał deszcz. Do WORDU zajechałam parę minut po 12.00. Stanęłam sobie przy wyjeździe i obserwowałam wyjeżdżające na egzamin samochody. Potem poszłam do poczekalni. Siedziały tam dwie młode dziewczyny. Jedna z obrazkami ilustrującymi przełączniki świateł denerwowała się, że nie umie tego zapamiętać.
- Niech się pani nie denerwuje, - próbowałam ją uspokoić - na placu sobie pani wszystko przypomni, to akurat nie jest trudne - Boże! Jaka ja jestem tu mądra, a sama dygocę ze strachu
- Tak, tak, ja już ósmy raz zdaję - dodała druga
- Egzaminatorzy mnie już znają, nawet mi się kłaniają - dodała ze śmiechem, po czym pokazując palcem na plac manewrowy dodała:
- O, widzi pani tego egzaminatora w marynarce? Bardzo sympatyczny. Na pierwszy rzut oka trochę szorstki, ale dobry człowiek i miły-
Pomyślałam, że dobrze byłoby trafić na niego. Miło porozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas.
Kiedy wywołali nas o 13.00 do barierki przestało padać i wyszło słońce.
- To dobry znak - powiedziałam do moich nowych znajomych. I naprawdę poczułam, że to jakiś znak. Wyczytano moje nazwisko dosyć szybko. Podeszłam do miejsca oczekiwania na egzaminatora i tylko modliłam się, żeby mnie nie wylosowała egzaminatorka o bląd włosach. Nie wyglądała sympatycznie i nic dobrego o niej nie słyszałam. I w tym momencie podszedł do mnie ten egzaminator w marynarce. Wymienił moje nazwisko.
- To ja - odpowiedziałam uśmiechając się najmilej jak potrafię.
- Proszę za mną.
Podeszliśmy do samochodu. Tymczasem inny egzaminator patrząc na mnie spytał:
- Boi się pani?
- Staram się nie bać - odparłam ze śmiechem
- Niech się pani nie obawia, to najmilszy egzaminator, nie licząc mnie - dodał wesoło
Chciałam mu odpowiedzieć, że może kiedyś będę miała okazję się o tym przekonać, ale nie chciałam zapeszać. Wsiadłam więc do samochodu, dopełniłam formalności, a kiedy egzaminator przedstawił się to znowu się ucieszyłam. To ten sam, u którego w zeszłym tygodniu zdawała moja znajoma. Zdała u niego, a to był jej ósmy egzamin. A ona nie mogła się nachwalić tego egzaminatora. Poczułam, że mogę dzisiaj zdać.
Wylosowałam kierunkowskazy i płyn hamulcowy. Poradziłam sobie bez problemu. A potem zrobiłam łuk! Dobrze go zrobiłam.Elegancko wjechałam przodem, wręcz idealnie, więc cofanie poszło gładko. Najgorzej było z końcówką, bo prawa noga latała mi jak szalona i już myślałam, że nad nią nie dam rady zapanować, ale udało mi się. Potem zaliczyłam górkę, musiałam ją powtórzyć bo mi silnik zgasł. A potem usłyszałam:
- Proszę przygotować się do wyjazdu. Włączyłam więc światła mijania i ruszyłam przed siebie. Czułam, że jestem na twarzy czerwona jak burak, policzki paliły żywym ogniem. Bardzo się bałam, że mi zgaśnie silnik, ale złapałam o co w tym chodzi i nie gasł. Po prostu w "benzynowcu" trzeba najpierw lekko wdusić pedał gazu i dopiero puszczać sprzęgło. Jechałam w pełnym skupieniu wykonując po kolei polecenia egzaminatora. Pamiętałam o zmianie biegów, pilnowałam szybkościomierza. Płynnie zmieniałam i redukowałam biegi. Niestety zauważyłam, że zbliżamy się do wiaduktu, którego bardzo nie lubię. Krzyżują się tam drogi, tory tramwajowe i są korki. Cud się jednak stał i sobie poradziłam. Potem skręciliśmy w rejon spokojniejszy, ale trzeba było bardzo uważać na znaki. Dużo skrzyżowań nietypowych. No i na jednym z nich wykonałam manewr zawracania. Wyszedł mi. I chyba za bardzo się ucieszyłam, chyba odprężyłam się zanadto, bo zaraz wjechaliśmy na drogę trzy - pasmową ze światłami.
- Na najbliższym skrzyżowaniu będziemy skręcać w lewo - wydał polecenie egzaminator. I tu zrobiłam głupotę. Niepotrzebnie zjechałam z prawego pasa na lewy przygotowując się do skręcania w lewo. Z obu tych pasów mogłam skręcać. I zamiast już dokończyć skręt na lewym pasie, to ja nagle wjechałam bez ostrzeżenia na prawy zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Wiele nie brakowało a skasowałabym autko. Moja wina, okropny błąd, wiem o tym. Ale egzaminator był bardzo w porządku. Omówił ze mną całą jazdę. Powiedział co mu się podobało, a nad czym powinnam jeszcze popracować. Nie stresował mnie, nie denerwował. Był rzeczowy i konkretny.
Podsumowując więc, dochodzę do wniosku, że nie mogę traktować dzisiejszego egzaminu jak porażki. To zdecydowanie jest mój duży sukces. Dziś uwierzyłam naprawdę, że mogę zdać. Po raz pierwszy właściwie poznałam jak wygląda egzamin w ruchu drogowym. Uporałam się z tym nieszczęsnym łukiem i wiem, że następnym razem też go zaliczę bo już wiem jak to zrobić. Jeździłam po mieście całe 20 minut.
środa, 5 maja 2010
Metodycznie czy "na czuja"?
Jak na razie to idę zgodnie z planem. Zapisałam się na egzamin dokładnie tak jak chciałam, na 10 maja. Ćwiczyłam z mężem parkowanie prostopadłe na parkingu. Ładuję się za kierownicę gdzie tylko mi pozwoli. Przepisy ruchu drogowego ćwiczę w każdej sytuacji. Nawet we śnie. Trochę mnie niepokoi, że zaczynam być uciążliwą pasażerką. Jeszcze trochę, a mąż odmówi wożenia mnie.
- Powinieneś zasygnalizować zamiar skrętu -
- a teraz trzeba zjechać do osi jezdni, i dlaczego ścinasz ten zakręt? - takie i podobne uwagi coraz częściej padają podczas jazdy z moich ust.
Mało tego, każdy nieomal temat potrafię sprowadzić do nauki jazdy. To już jest jak jakaś obsesja. Czuję się jednak wspierana przez bliskich.
Dziś po pracy Basia już na mnie czekała.
- Musisz jeździć, bo zaraz masz egzamin - oświadczyła i pojechałyśmy na plac manewrowy. Boże, ja muszę zdać ten egzamin choćby ze względu na Basię. Ona we mnie naprawdę wierzy.
Na placu podeszłam spytać o zgodę na jeżdżenie jakiegoś przypadkowego instruktora. Przedstawiłam się, powiedziałam, że jestem kursantką pana Jurka i on pozwolił mi pojeździć. Poopowiadałam mu, że mam problem z tym paskudnym łukiem.
Instruktor okazał się być bardzo życzliwym człowiekiem,
- Niech pani wsiada i zajmuje miejsce na łuku. Zaraz pani coś pokażę.- powiedział
Ucieszona zajęłam miejsce w kopercie i wrzuciłam wsteczny bieg. A pan podszedł i poskładał mi lusterka.
-Oj, jak ja teraz mam jechać? Przecież nie widzę gdzie są linie bez tych lusterek? - trochę się zirytowałam.
- Ha! I o to chodzi. Pani jeździ na lusterka, a trzeba korzystać z tylnej szyby.-
Pomyślałam sobie: - trudno, gość jest chętny do pomocy, to nie będę marudzić.-
I przystąpiłam do wykonywania manewru. Powolutku ruszyłam, obrót kierownicą o 360 stopni i... no i co teraz? kiedy mam prostować koła jak nie widzę kiedy będą równolegle ustawione do linii?
Instruktor kazał mi się zatrzymać.
- Proszę spojrzeć przez tylną szybę. Jak zobaczy pani środkowy pachołek przed swoim zagłówkiem to trzeba odkręcić kierownicę i powoli cofać. Musi być wtedy dobrze.-
Zastosowałam się do jego wskazówek i o dziwo, udało się. Powtórzyłam manewr jeszcze kilka razy i za każdym razem wyszło. Problem polega tylko na tym, że trochę krótka jestem i skręcam się z całej siły żeby ta moja głowa zechciała widzieć co jest z tyłu, a tyłek w tym czasie spoczywał na siedzeniu. No ale cóż, jeśli ta metoda ma zadziałać, to mogę się wykręcać jak śrubokręt i dostać jeszcze skrętu karku. Co mi tam!
Basia była zachwycona.
- Wychodzi ci pierwszorzędnie! No, teraz jestem o ciebie spokojna.-
Ćwiczyłam sumiennie tą metodą całą godzinę. Załapałam o co w niej chodzi. Problem stanowi tylko korygowanie toru jazdy do tyłu w sytuacji, gdy mam ustawić się odpowiednio do środkowego pachołka. Nigdy nie wiem, w którą stronę kręcić kierownicą.
No i teraz mam dylemat: którą metodę ostatecznie wybrać? Czy mam jechać na lusterka? Na czuja? Czy na tylną szybę? Bo jak zastosuję wszystkiego po trochę, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. A od nadmiaru wiedzy głowa może rozboleć. Myślę, że pan Jurek mi podpowie co zrobić, a jazda z nim już za dwa dni.
- Powinieneś zasygnalizować zamiar skrętu -
- a teraz trzeba zjechać do osi jezdni, i dlaczego ścinasz ten zakręt? - takie i podobne uwagi coraz częściej padają podczas jazdy z moich ust.
Mało tego, każdy nieomal temat potrafię sprowadzić do nauki jazdy. To już jest jak jakaś obsesja. Czuję się jednak wspierana przez bliskich.
Dziś po pracy Basia już na mnie czekała.
- Musisz jeździć, bo zaraz masz egzamin - oświadczyła i pojechałyśmy na plac manewrowy. Boże, ja muszę zdać ten egzamin choćby ze względu na Basię. Ona we mnie naprawdę wierzy.
Na placu podeszłam spytać o zgodę na jeżdżenie jakiegoś przypadkowego instruktora. Przedstawiłam się, powiedziałam, że jestem kursantką pana Jurka i on pozwolił mi pojeździć. Poopowiadałam mu, że mam problem z tym paskudnym łukiem.
Instruktor okazał się być bardzo życzliwym człowiekiem,
- Niech pani wsiada i zajmuje miejsce na łuku. Zaraz pani coś pokażę.- powiedział
Ucieszona zajęłam miejsce w kopercie i wrzuciłam wsteczny bieg. A pan podszedł i poskładał mi lusterka.
-Oj, jak ja teraz mam jechać? Przecież nie widzę gdzie są linie bez tych lusterek? - trochę się zirytowałam.
- Ha! I o to chodzi. Pani jeździ na lusterka, a trzeba korzystać z tylnej szyby.-
Pomyślałam sobie: - trudno, gość jest chętny do pomocy, to nie będę marudzić.-
I przystąpiłam do wykonywania manewru. Powolutku ruszyłam, obrót kierownicą o 360 stopni i... no i co teraz? kiedy mam prostować koła jak nie widzę kiedy będą równolegle ustawione do linii?
Instruktor kazał mi się zatrzymać.
- Proszę spojrzeć przez tylną szybę. Jak zobaczy pani środkowy pachołek przed swoim zagłówkiem to trzeba odkręcić kierownicę i powoli cofać. Musi być wtedy dobrze.-
Zastosowałam się do jego wskazówek i o dziwo, udało się. Powtórzyłam manewr jeszcze kilka razy i za każdym razem wyszło. Problem polega tylko na tym, że trochę krótka jestem i skręcam się z całej siły żeby ta moja głowa zechciała widzieć co jest z tyłu, a tyłek w tym czasie spoczywał na siedzeniu. No ale cóż, jeśli ta metoda ma zadziałać, to mogę się wykręcać jak śrubokręt i dostać jeszcze skrętu karku. Co mi tam!
Basia była zachwycona.
- Wychodzi ci pierwszorzędnie! No, teraz jestem o ciebie spokojna.-
Ćwiczyłam sumiennie tą metodą całą godzinę. Załapałam o co w niej chodzi. Problem stanowi tylko korygowanie toru jazdy do tyłu w sytuacji, gdy mam ustawić się odpowiednio do środkowego pachołka. Nigdy nie wiem, w którą stronę kręcić kierownicą.
No i teraz mam dylemat: którą metodę ostatecznie wybrać? Czy mam jechać na lusterka? Na czuja? Czy na tylną szybę? Bo jak zastosuję wszystkiego po trochę, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. A od nadmiaru wiedzy głowa może rozboleć. Myślę, że pan Jurek mi podpowie co zrobić, a jazda z nim już za dwa dni.
niedziela, 25 kwietnia 2010
prawie zdecydowana?
Chyba jestem prawie zdecydowana żeby zapisać się po raz czwarty na egzamin. Rozmawiałam dziś z panem Jurkiem o tym jak niepewnie się czuję w tym wszystkim. Tyle egzaminów w swoim życiu już zdawałam, i zawsze traktowałam to pozytywnie, prawie bez stresu. Egzaminy to jak gra, dobra zabawa, możliwość udowodnienia sobie, że sie coś potrafi.
Jeśli znam dobrze zasady, to jestem pewna jaką taktykę przyjąć aby osiągnąć sukces. Do tej pory kwestią niepokojącą mogła być ewentualnie ocena. Czy będzie najwyższa? Nigdy nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mogę czegoś nie zdać, że przede wszystkim mogę się czegoś nie nauczyć. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. A tu jest akurat odwrotnie: nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że zdaję ten egzamin. i to jest chyba największa przeszkoda w drodze do mojego sukcesu motoryzacyjnego.
Zatem od dziś będę sobie regularnie wyobrażać jak zdaję ten egzamin i jak potem sama jeżdżę samochodem. Mam nadzieję, że wyobraźnia mi pomoże.
Dlatego mój nowy plan to: jutro jadę zapisać się po raz czwarty na egzamin. Poszukam terminu około 10 maja, bo 8 i 9 maja zaplanowałam ostatnie jazdy z panem Jurkiem. Czyli dwa tygodnie przerwy. Ale postaram się w tym czasie utrwalać teoretycznie wszystkie manewry, może pojeżdżę z Basią po placu i z mężem na parkingu.
Tymczasem dzisiaj miałam dwie udane godziny jeżdżenia po mieście. Parkowanie równolegle wychodziło mi jak pod centymetr! Totalna precyzja. I już prawie uwierzyłam, że to nie przypadek, a moje celowe działanie. Pan Jurek chwalił mnie. Ćwiczy mnie też do znudzenia w tym zawracaniu. Niestety, dalej nie lubię tego robić, i nawet jak mi wychodzi (a wychodzi mi już prawie za każdym razem), to mam wrażenie, że to przypadek. Zawracaliśmy dzisiaj chyba w każdym miejscu egzaminacyjnym, gdzie jest to możliwe do wykonania. Omówiliśmy wszystkie sytuacje, w których zawracać można i te, gdzie nie można. Jeżdżę już spokojnie, bez nerwów, musi mi się udać zdać ten egzamin! Muszę to zrobić! A potem nauczę się angielskiego.
Jeśli znam dobrze zasady, to jestem pewna jaką taktykę przyjąć aby osiągnąć sukces. Do tej pory kwestią niepokojącą mogła być ewentualnie ocena. Czy będzie najwyższa? Nigdy nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mogę czegoś nie zdać, że przede wszystkim mogę się czegoś nie nauczyć. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. A tu jest akurat odwrotnie: nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że zdaję ten egzamin. i to jest chyba największa przeszkoda w drodze do mojego sukcesu motoryzacyjnego.
Zatem od dziś będę sobie regularnie wyobrażać jak zdaję ten egzamin i jak potem sama jeżdżę samochodem. Mam nadzieję, że wyobraźnia mi pomoże.
Dlatego mój nowy plan to: jutro jadę zapisać się po raz czwarty na egzamin. Poszukam terminu około 10 maja, bo 8 i 9 maja zaplanowałam ostatnie jazdy z panem Jurkiem. Czyli dwa tygodnie przerwy. Ale postaram się w tym czasie utrwalać teoretycznie wszystkie manewry, może pojeżdżę z Basią po placu i z mężem na parkingu.
Tymczasem dzisiaj miałam dwie udane godziny jeżdżenia po mieście. Parkowanie równolegle wychodziło mi jak pod centymetr! Totalna precyzja. I już prawie uwierzyłam, że to nie przypadek, a moje celowe działanie. Pan Jurek chwalił mnie. Ćwiczy mnie też do znudzenia w tym zawracaniu. Niestety, dalej nie lubię tego robić, i nawet jak mi wychodzi (a wychodzi mi już prawie za każdym razem), to mam wrażenie, że to przypadek. Zawracaliśmy dzisiaj chyba w każdym miejscu egzaminacyjnym, gdzie jest to możliwe do wykonania. Omówiliśmy wszystkie sytuacje, w których zawracać można i te, gdzie nie można. Jeżdżę już spokojnie, bez nerwów, musi mi się udać zdać ten egzamin! Muszę to zrobić! A potem nauczę się angielskiego.
niedziela, 18 kwietnia 2010
Jazdy z przemytu
Ostatnie 5 dni spędziłam z mężem w Puszczy Noteckiej. Potrzebny był nam odpoczynek. Oboje tęskniliśmy do lasu, ciszy, długich spacerów z psem. Tym razem cieszyłam się dodatkowo faktem, że pojeżdżę sobie po lesie samochodem. Będę się wprawiała i doskonaliła swoje umiejętności. Tak trochę chyba nielegalnie to będzie.
Domek, który wynajęliśmy położony był w samym środku lasu. Do wsi jakieś 2 kilometry. Każdego dnia samodzielnie wyjeżdżałam z posesji i jechałam do samej szosy. Dobrze mi się jeździ naszym autkiem. Choć jest dużo większe od renault clio, to jest wygodniejsze i łatwiej mi się je prowadzi. Mąż siedział obok mnie i nie musiał nawet specjalnie mnie pouczać.
- Mogę wyjechać na szosę? - spytałam już pierwszego dnia.
- Może jeszcze nie, jak będziemy wracać, to za wsią się zamienimy.
W drodze powrotnej oddał mi więc kierownicę.
- Strasznie wąska ta szosa - zauważyłam trochę nerwowo
- No właśnie widzę, po rowach zaraz będziesz jechała. Nie zjeżdżaj tak bardzo na prawą stronę, nic przecież nie jedzie.
- Dobrze, już poprawiam.
- No i wrzuć w końcu czwarty bieg.
Wrzuciłam ten czwarty bieg ale zaraz trzeba było skręcić na naszą leśną drogę i okazało się że mam problem.
- jak ja mam tę czwórkę zredukować?!
- no jak to jak? Normalnie - odpowiedział zdziwiony
A ja w panice pozapominałam wszystko. Zredukował za mnie. Ale potem okazało się, że połapałam te biegi i byłam bardzo z siebie dumna, że na czwórce umiem jeździć.
Ćwiczyłam więc każdego dnia. Raz nawet jechałam 70 km na godzinę. Dobrze, że tego sama nie zauważyłam.
Mąż mi za każdym razem kazał inaczej parkować. Raz tyłem, raz przodem, a ja umiałam. Ale stchórzyłam jak któregoś dnia powiedział, że mogę sama do sklepu po bułki pojechać. W nocy ciągle się budziłam:
- a jak nie będę umiała zawrócić? - myślałam sobie. Rano przyznałam się, że się boję. Myślałam że będzie się ze mnie śmiał, ale nie, wsiadł ze mną w samochód i mi towarzyszył po te bułki.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było wracać.
Za to dziś mogłam się pochwalić panu Jurkowi swoimi wyczynami. Całkiem dobrze mi się jeździło. Głównie ćwiczyłam znowu zawracanie i parkowanie. Pan Jurek chwali, ale ja ciągle mam wrażenie, że to bardziej przypadek sprawia, że mi wychodzi. Boję się, że na egzaminie wszystko szlag trafi bo ciągle mi brak pewności siebie. A poza tym jak jestem sama w samochodzie to całkiem tracę pewność siebie. Najlepiej było to widać dzisiaj na placu manewrowym. Na sam koniec pojechaliśmy na plac:
- Poćwicz sobie teraz łuk - powiedział pan Jurek i zaczął z kimś rozmawiać. A ja zaczęłam cofać. I nagle znalazłam się na pachołku. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zaczęłam machać rękami sygnalizując że mam problem. Ale pan Jurek tylko patrzył i kręcił głową. Wiedziałam, że muszę sobie sama poradzić. No ale co by tu nie powiedzieć dałam na koniec lekcji plamę.
Domek, który wynajęliśmy położony był w samym środku lasu. Do wsi jakieś 2 kilometry. Każdego dnia samodzielnie wyjeżdżałam z posesji i jechałam do samej szosy. Dobrze mi się jeździ naszym autkiem. Choć jest dużo większe od renault clio, to jest wygodniejsze i łatwiej mi się je prowadzi. Mąż siedział obok mnie i nie musiał nawet specjalnie mnie pouczać.
- Mogę wyjechać na szosę? - spytałam już pierwszego dnia.
- Może jeszcze nie, jak będziemy wracać, to za wsią się zamienimy.
W drodze powrotnej oddał mi więc kierownicę.
- Strasznie wąska ta szosa - zauważyłam trochę nerwowo
- No właśnie widzę, po rowach zaraz będziesz jechała. Nie zjeżdżaj tak bardzo na prawą stronę, nic przecież nie jedzie.
- Dobrze, już poprawiam.
- No i wrzuć w końcu czwarty bieg.
Wrzuciłam ten czwarty bieg ale zaraz trzeba było skręcić na naszą leśną drogę i okazało się że mam problem.
- jak ja mam tę czwórkę zredukować?!
- no jak to jak? Normalnie - odpowiedział zdziwiony
A ja w panice pozapominałam wszystko. Zredukował za mnie. Ale potem okazało się, że połapałam te biegi i byłam bardzo z siebie dumna, że na czwórce umiem jeździć.
Ćwiczyłam więc każdego dnia. Raz nawet jechałam 70 km na godzinę. Dobrze, że tego sama nie zauważyłam.
Mąż mi za każdym razem kazał inaczej parkować. Raz tyłem, raz przodem, a ja umiałam. Ale stchórzyłam jak któregoś dnia powiedział, że mogę sama do sklepu po bułki pojechać. W nocy ciągle się budziłam:
- a jak nie będę umiała zawrócić? - myślałam sobie. Rano przyznałam się, że się boję. Myślałam że będzie się ze mnie śmiał, ale nie, wsiadł ze mną w samochód i mi towarzyszył po te bułki.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było wracać.
Za to dziś mogłam się pochwalić panu Jurkowi swoimi wyczynami. Całkiem dobrze mi się jeździło. Głównie ćwiczyłam znowu zawracanie i parkowanie. Pan Jurek chwali, ale ja ciągle mam wrażenie, że to bardziej przypadek sprawia, że mi wychodzi. Boję się, że na egzaminie wszystko szlag trafi bo ciągle mi brak pewności siebie. A poza tym jak jestem sama w samochodzie to całkiem tracę pewność siebie. Najlepiej było to widać dzisiaj na placu manewrowym. Na sam koniec pojechaliśmy na plac:
- Poćwicz sobie teraz łuk - powiedział pan Jurek i zaczął z kimś rozmawiać. A ja zaczęłam cofać. I nagle znalazłam się na pachołku. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zaczęłam machać rękami sygnalizując że mam problem. Ale pan Jurek tylko patrzył i kręcił głową. Wiedziałam, że muszę sobie sama poradzić. No ale co by tu nie powiedzieć dałam na koniec lekcji plamę.
niedziela, 11 kwietnia 2010
I co trąbisz?
Minęły dwa tygodnie od ostatniej mojej lekcji z panem Jurkiem. W międzyczasie były święta. A w ramach świątecznego spaceru pojechałam z mężem na ogromny parking poćwiczyć parkowanie, skręcanie i zawracanie. Nawet mi dobrze szło. Mąż ustawiał się jako pachołek, a ja go omijałam raz z lewej, raz z prawej i parkowałam.
- Uważaj na stopy! - darłam się za każdym razem, bo bałam się, że mu po palcach przejadę. Najbardziej opanowany był mój pies, który cały czas siedział dumny i niewzruszony w bagażniku naszego kombiaka. Nie bał się nic a nic. On bardzo lubi jeździć samochodem. W zasadzie to mój pierwszy prawdziwy pasażer.
Prawdziwa jazda była dopiero wczoraj i dzisiaj. I muszę powiedzieć, że było całkiem całkiem. Opanowałam już to sprzęgło. Silnik raczej nie wył. Płynnie puszczałam pedał i dodawałam gazu. Tylko boli mnie lewe kolano po dwóch godzinach jeżdżenia. Widać ta noga jeszcze zbyt sztywna jest. Najważniejsze jednak to to, że idąc na jazdę nie boję się, nie mam tremy a wręcz przeciwnie. Cieszy mnie perspektywa dwóch godzin jeżdżenia. Podoba mi się to, że mój instruktor uważnie słucha jak mu opowiadam z czym mam problemy i potem ćwiczy ze mną aż do znudzenia te manewry. Wczoraj na przykład, do znudzenia trenowałam zawracanie. Aż w końcu zrozumiałam dlaczego raz skręcam przy lewym krawężniku a innym razem "na kolanko". Nie trzeba mi też przypominać o redukcji biegów. Robię to sama i szybko, i nie boję się, że nie zdążę. No i te zakręty w prawo.
- czy mi się wydaje, czy ja już umiem skręcać w prawo bez pakowania się na przeciwny pas? - spytałam dziś mojego instruktora
- oczywiście, że umiesz to świetnie - śmieje się pan Jurek
Nie wiem tylko dlaczego ciągnie mnie w każdą dziurę na jezdni i w każdą kałużę. Im bardziej się skupiam by je omijać, tym z większą finezją w nie wjeżdżam.
- Coś mnie jak magnez wciąga do tych dziur! - biadolę i głupio mi, że maltretuję to biedne auto.
- Oj, oj, znowu dziura, wezmę ją w środek, staram się! - przygryzam język w największym skupieniu i... - jest! jest! dziura jest w środku - wykrzykuję chyba trochę zbyt emocjonalnie, a instruktor się śmieje.
To jeżdżenie zaczyna być bardzo fajną zabawą. Czuję się jak dziecko, które opanowuje nową zabawkę. To w końcu zaczyna być przyjemne.
Dzisiejsza jazda to już była prawie jak egzamin. Pan Jurek wydawał w zasadzie tylko polecenia, a ja je wykonywałam sama. W zasadzie nie robiłam żadnych błędów.
- No, zaczynam się nudzić, świetnie ci dzisiaj idzie, nie mam nic do roboty - pochwalił mnie instruktor.
Pan Jurek ma niesamowitą cierpliwość do swoich uczniów. W zasadzie zauważyłam, że tak naprawdę to denerwują go tylko inni kierowcy, którzy zachowują się niekulturalnie na drodze, albo bezczelnie. Dziś w pewnym momencie, na skrzyżowaniu nie udało mi się na czas ruszyć i ktoś za mną zaczął strasznie na mnie trąbić. Zdenerwowałam się trochę, a pan Jurek zaciągnął ręczny i wysiadł powoli z samochodu
- jakiś problem panie kierowco? Zapomniał wół jak cielęciem był?- spytał
Starałam się nie słyszeć dalszej wymiany zdań, bo bym się znowu zestresowała.
- Nie przejmuj się - powiedział instruktor wsiadając do samochodu. - to niestety dosyć typowe dla naszych kierowców.
Postaliśmy sobie jeszcze następny cykl świetlny i dopiero ruszyłam.
Dzisiaj jeszcze kilkakrotnie spotkałam się na ulicy z przejawami złośliwości, braku zrozumienia i zwykłego chamstwa. I nawet się tym za bardzo nie przejmuję, aż dziwne.
- Uważaj na stopy! - darłam się za każdym razem, bo bałam się, że mu po palcach przejadę. Najbardziej opanowany był mój pies, który cały czas siedział dumny i niewzruszony w bagażniku naszego kombiaka. Nie bał się nic a nic. On bardzo lubi jeździć samochodem. W zasadzie to mój pierwszy prawdziwy pasażer.
Prawdziwa jazda była dopiero wczoraj i dzisiaj. I muszę powiedzieć, że było całkiem całkiem. Opanowałam już to sprzęgło. Silnik raczej nie wył. Płynnie puszczałam pedał i dodawałam gazu. Tylko boli mnie lewe kolano po dwóch godzinach jeżdżenia. Widać ta noga jeszcze zbyt sztywna jest. Najważniejsze jednak to to, że idąc na jazdę nie boję się, nie mam tremy a wręcz przeciwnie. Cieszy mnie perspektywa dwóch godzin jeżdżenia. Podoba mi się to, że mój instruktor uważnie słucha jak mu opowiadam z czym mam problemy i potem ćwiczy ze mną aż do znudzenia te manewry. Wczoraj na przykład, do znudzenia trenowałam zawracanie. Aż w końcu zrozumiałam dlaczego raz skręcam przy lewym krawężniku a innym razem "na kolanko". Nie trzeba mi też przypominać o redukcji biegów. Robię to sama i szybko, i nie boję się, że nie zdążę. No i te zakręty w prawo.
- czy mi się wydaje, czy ja już umiem skręcać w prawo bez pakowania się na przeciwny pas? - spytałam dziś mojego instruktora
- oczywiście, że umiesz to świetnie - śmieje się pan Jurek
Nie wiem tylko dlaczego ciągnie mnie w każdą dziurę na jezdni i w każdą kałużę. Im bardziej się skupiam by je omijać, tym z większą finezją w nie wjeżdżam.
- Coś mnie jak magnez wciąga do tych dziur! - biadolę i głupio mi, że maltretuję to biedne auto.
- Oj, oj, znowu dziura, wezmę ją w środek, staram się! - przygryzam język w największym skupieniu i... - jest! jest! dziura jest w środku - wykrzykuję chyba trochę zbyt emocjonalnie, a instruktor się śmieje.
To jeżdżenie zaczyna być bardzo fajną zabawą. Czuję się jak dziecko, które opanowuje nową zabawkę. To w końcu zaczyna być przyjemne.
Dzisiejsza jazda to już była prawie jak egzamin. Pan Jurek wydawał w zasadzie tylko polecenia, a ja je wykonywałam sama. W zasadzie nie robiłam żadnych błędów.
- No, zaczynam się nudzić, świetnie ci dzisiaj idzie, nie mam nic do roboty - pochwalił mnie instruktor.
Pan Jurek ma niesamowitą cierpliwość do swoich uczniów. W zasadzie zauważyłam, że tak naprawdę to denerwują go tylko inni kierowcy, którzy zachowują się niekulturalnie na drodze, albo bezczelnie. Dziś w pewnym momencie, na skrzyżowaniu nie udało mi się na czas ruszyć i ktoś za mną zaczął strasznie na mnie trąbić. Zdenerwowałam się trochę, a pan Jurek zaciągnął ręczny i wysiadł powoli z samochodu
- jakiś problem panie kierowco? Zapomniał wół jak cielęciem był?- spytał
Starałam się nie słyszeć dalszej wymiany zdań, bo bym się znowu zestresowała.
- Nie przejmuj się - powiedział instruktor wsiadając do samochodu. - to niestety dosyć typowe dla naszych kierowców.
Postaliśmy sobie jeszcze następny cykl świetlny i dopiero ruszyłam.
Dzisiaj jeszcze kilkakrotnie spotkałam się na ulicy z przejawami złośliwości, braku zrozumienia i zwykłego chamstwa. I nawet się tym za bardzo nie przejmuję, aż dziwne.
niedziela, 28 marca 2010
Dlaczego zawsze wtedy pada?
Ciekawe, że zawsze gdy idę na jazdę to pada deszcz. W zimie to jeszcze do tego było ślisko. Dobrze, że już wiosna, przynajmniej tylko deszcz mnie dopada.
Nie mogłam się wprost doczekać dzisiejszej jazdy. Wcale mnie żołądek nie bolał i nie denerwowałam się przed wyjściem z domu. Nawet ten deszcz powitałam uśmiechem na twarzy. A w ostatni wtorek pojechałam z Basią znowu na plac manewrowy. Nie korzystałam już z tego felernego łuku. Sama wjechałam na plac, zajęłam miejsce w kopercie i całą godzinę jeździłam w przód i w tył. Ani razu nie najechałam na linię! Bawiłam się tym manewrem a Basia chodziła po placu i uśmiechała się zadowolona.
- Świetnie pani idzie! Teraz to już pani zda ten egzamin - powiedział na koniec dozorca i uśmiechnął się do mnie. Jak niewiele potrzeba żeby człowieka zmotywować, dodać mu skrzydeł. Wystarczy tylko chwalić. Szkoda, że nie wszyscy potrafią to wykorzystać. Dziś idąc na lekcje nie mogłam się doczekać kiedy pochwale się panu Jurkowi tym osiągnięciem.
Kiedy wsiadałam do samochodu to byłam spokojna, jak nigdy dotąd. Nie zastanawiałam się nerwowo w jakiej kolejności mam przygotować się do jazdy. No, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że byłam rewelacyjna. Oczywiście dzisiaj moje nogi wymyśliły sobie nowe udziwnienie. Samochód zbyt często wył. I minęło trochę czasu nim doszłam co jest przyczyną tego wycia.
- Dlaczego on mi tak wyje? zastanawiałam się
- No, pomyśl trochę - mój instruktor wcale nie okazywał zniecierpliwienia
- No tak, za szybko naciskam pedał gazu, a noga na sprzęgle ciągle w tej samej pozycji - wydedukowałam a instruktor roześmiał się.
- Co za zachłanna kobieta! Chce i sprzęgło i gaz jednocześnie -
Starałam się więc pamiętać o tym, że jak wduszam gaz, to muszę puszczać to sprzęgło. Przecież wcześniej nie miałam z tym problemu. Pan Jurek powiedział, że w domu powinnam ćwiczyć lewą nogę bo jest leniwa, najlepiej na pedale od maszyny do szycia. Fajnie, ostatnio poradził, żebym ustawiła sobie lustro z przodu i drugie za sobą i ćwiczyła z pokrywką w ręku skręcanie, bo nie mogę zapamiętać kiedy auto jedzie w prawo a kiedy w lewo jak jadę do tyłu.
Wyobraziłam sobie jak siedzę w domu przed tym lustrem z pokrywką w ręku, nogą na pedale od maszyny do szycia i ćwiczę. Ale zrobię to, zrobię wszystko żeby w końcu połapać to do kupy. Będę w końcu jeździła, i to dobrze będę jeździła.
Pan Jurek uważnie słuchał kiedy mówiłam z czym mam problemy, a potem ćwiczyliśmy te rzeczy. Tak więc dzisiaj głównie zawracałam. Wiem już, kiedy mam się przy zawracaniu trzymać blisko lewego krawężnika a kiedy robić to "na kolanko" przy prawym. Po raz pierwszy też robiłam hamowanie awaryjne. Bałam się tego bardzo, bo nie wiedziałam jak gwałtownie mnie szarpnie. Nie było tak źle.
- Jest szansa, że zdam ten egzamin do końca maja? - spytałam na koniec lekcji
- Myślę, że nawet wcześniej, może damy radę do końca kwietnia - odpowiedział mój instruktor - jest potencjał, tylko trzeba trochę wytrenować niektóre rzeczy - dodał
- Potencjał? We mnie potencjał? gdybym mogła skakać z radości to bym pewnie skakała.
Wracając do domu opowiadałam z entuzjazmem mężowi, że coraz pewniej czuję się nie tylko w samochodzie ale i na jezdni. Dziś nawet nie wpadłam w panikę jak mi piesi wtargnęli na jezdnię. Zdążyłam zahamować nim pan Jurek dotknął hamulca. Teraz jadę z mężem kupić lustro do ćwiczenia.
Nie mogłam się wprost doczekać dzisiejszej jazdy. Wcale mnie żołądek nie bolał i nie denerwowałam się przed wyjściem z domu. Nawet ten deszcz powitałam uśmiechem na twarzy. A w ostatni wtorek pojechałam z Basią znowu na plac manewrowy. Nie korzystałam już z tego felernego łuku. Sama wjechałam na plac, zajęłam miejsce w kopercie i całą godzinę jeździłam w przód i w tył. Ani razu nie najechałam na linię! Bawiłam się tym manewrem a Basia chodziła po placu i uśmiechała się zadowolona.
- Świetnie pani idzie! Teraz to już pani zda ten egzamin - powiedział na koniec dozorca i uśmiechnął się do mnie. Jak niewiele potrzeba żeby człowieka zmotywować, dodać mu skrzydeł. Wystarczy tylko chwalić. Szkoda, że nie wszyscy potrafią to wykorzystać. Dziś idąc na lekcje nie mogłam się doczekać kiedy pochwale się panu Jurkowi tym osiągnięciem.
Kiedy wsiadałam do samochodu to byłam spokojna, jak nigdy dotąd. Nie zastanawiałam się nerwowo w jakiej kolejności mam przygotować się do jazdy. No, ale skłamałabym gdybym powiedziała, że byłam rewelacyjna. Oczywiście dzisiaj moje nogi wymyśliły sobie nowe udziwnienie. Samochód zbyt często wył. I minęło trochę czasu nim doszłam co jest przyczyną tego wycia.
- Dlaczego on mi tak wyje? zastanawiałam się
- No, pomyśl trochę - mój instruktor wcale nie okazywał zniecierpliwienia
- No tak, za szybko naciskam pedał gazu, a noga na sprzęgle ciągle w tej samej pozycji - wydedukowałam a instruktor roześmiał się.
- Co za zachłanna kobieta! Chce i sprzęgło i gaz jednocześnie -
Starałam się więc pamiętać o tym, że jak wduszam gaz, to muszę puszczać to sprzęgło. Przecież wcześniej nie miałam z tym problemu. Pan Jurek powiedział, że w domu powinnam ćwiczyć lewą nogę bo jest leniwa, najlepiej na pedale od maszyny do szycia. Fajnie, ostatnio poradził, żebym ustawiła sobie lustro z przodu i drugie za sobą i ćwiczyła z pokrywką w ręku skręcanie, bo nie mogę zapamiętać kiedy auto jedzie w prawo a kiedy w lewo jak jadę do tyłu.
Wyobraziłam sobie jak siedzę w domu przed tym lustrem z pokrywką w ręku, nogą na pedale od maszyny do szycia i ćwiczę. Ale zrobię to, zrobię wszystko żeby w końcu połapać to do kupy. Będę w końcu jeździła, i to dobrze będę jeździła.
Pan Jurek uważnie słuchał kiedy mówiłam z czym mam problemy, a potem ćwiczyliśmy te rzeczy. Tak więc dzisiaj głównie zawracałam. Wiem już, kiedy mam się przy zawracaniu trzymać blisko lewego krawężnika a kiedy robić to "na kolanko" przy prawym. Po raz pierwszy też robiłam hamowanie awaryjne. Bałam się tego bardzo, bo nie wiedziałam jak gwałtownie mnie szarpnie. Nie było tak źle.
- Jest szansa, że zdam ten egzamin do końca maja? - spytałam na koniec lekcji
- Myślę, że nawet wcześniej, może damy radę do końca kwietnia - odpowiedział mój instruktor - jest potencjał, tylko trzeba trochę wytrenować niektóre rzeczy - dodał
- Potencjał? We mnie potencjał? gdybym mogła skakać z radości to bym pewnie skakała.
Wracając do domu opowiadałam z entuzjazmem mężowi, że coraz pewniej czuję się nie tylko w samochodzie ale i na jezdni. Dziś nawet nie wpadłam w panikę jak mi piesi wtargnęli na jezdnię. Zdążyłam zahamować nim pan Jurek dotknął hamulca. Teraz jadę z mężem kupić lustro do ćwiczenia.
sobota, 20 marca 2010
Nowa strategia
Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego egzaminu. Jestem teraz trochę spokojniejsza, a po dzisiejszym doświadczeniu z nowym instruktorem patrzę w przyszłość z nadzieją, że jednak coś z tego będzie. Ale po kolei.
Postanowiłam przede wszystkim popracować nad zmianą swojego nastawienia do jazdy. A w szczególności nad wyciszeniem emocji. Przecież nikt mnie nie goni, nie popędza. Nie mam jakiegoś terminu, którego mi nie wolno przekroczyć. Podejdę więc teraz do jeżdżenia spokojnie.
Tak więc od czasu do czasu wsiadamy z mężem do samochodu i jedziemy na pobliski parking potrenować. Jeżdżę tam w kółko ucząc się skręcać, hamować, redukować biegi, panować nad tym nieszczęsnym sprzęgłem no i parkować. Parkujemy prostopadle i ukośnie, bo równolegle to mąż się boi.
-Wolę nie mieszać do twojej nauki obcych samochodów, przynajmniej na razie - powiedział, gdy chciałam spróbować zaparkować pomiędzy stojącym równolegle do krawężnika mercedesem a jakimś fordem.
Trudno, posłuchałam męża grzecznie. On i tak cały czas trzyma rękę na ręcznym. Czasem go nerwowo zaciągnie. Ale rozumiem go.
Koleżanka z pracy znalazła jakiś plac manewrowy i wozi mnie tam swoim nowym renault clio żebym mogła poćwiczyć. Ja jeżdżę zygzakiem po łuku, a ona biega i ustawia pachołki.
- Basiu, z tym łukiem coś jest nie tak - mówię do niej gdy kolejny raz laduję tyłem na pachołku.
Jak się potem okazało, miałam racje. Ten łuk był felerny. Ale dzięki temu jeżdżeniu po tym łuku już nie hamuję tak gwałtownie i potrafię zmieścić się w kopercie.
A ostatnio zadzwonił do mnie ktoś i przedstawił się jako instruktor od trudnych przypadków. Dowiedział się o moich problemach od mojej cioci i zadzwonił ,żeby zaproponować swoją pomoc. Wydał mi się trochę zarozumiały, gdy usłyszałam, że on każdego nauczy jeździć. Ale kto wie? Może to jest ktoś kto mi pomoże?
Tak więc teraz jeżdżę z panem Jurkiem. I jestem bardzo zadowolona. Opowiedziałam mu na początku o wszystkich swoich kłopotach, stresach i przeżyciach. Nie zniechęcił się.
Dziś byłam więc na pierwszej lekcji i ku mojemu zdumieniu wcale nie robiłam tych wszystkich głupich błędów, które ciągle robię. Całkiem dobrze mi się skręcało w prawo, wiedziałam kiedy prostować kierownicę. Nie trzymałam ciągle wciśniętego sprzęgła. Nie wyrzucało mnie na drugi pas przy wychodzeniu z zakrętu. Pamiętałam o redukcji biegów przy wchodzeniu w zakręt, i o tym, że jak skręcam w lewo to muszę się zbliżyć do osi jezdni. I nawet korzystałam z lusterek! Pan Jurek dużo chwali, jest spokojny. Na lekcji jest podobnie jak z Anią, ale jednak stosuje trochę inne metody. Myślę, że to dobry pomysł, żeby całkiem na jakiś czas zmienić instruktora. Zadzwonię do Ani i powiem jej, że przez jakiś czas pojeżdżę z panem Jurkiem.
Nowy instruktor stwierdził, że nie jest tak źle jak mówiłam, że całkiem dobrze sobie radzę, tylko muszę się pozbyć tej blokady wewnętrznej i wtedy będzie wszystko ok. Po raz pierwszy chyba wróciłam z lekcji taka rozpromieniona i uskrzydlona.
Postanowiłam przede wszystkim popracować nad zmianą swojego nastawienia do jazdy. A w szczególności nad wyciszeniem emocji. Przecież nikt mnie nie goni, nie popędza. Nie mam jakiegoś terminu, którego mi nie wolno przekroczyć. Podejdę więc teraz do jeżdżenia spokojnie.
Tak więc od czasu do czasu wsiadamy z mężem do samochodu i jedziemy na pobliski parking potrenować. Jeżdżę tam w kółko ucząc się skręcać, hamować, redukować biegi, panować nad tym nieszczęsnym sprzęgłem no i parkować. Parkujemy prostopadle i ukośnie, bo równolegle to mąż się boi.
-Wolę nie mieszać do twojej nauki obcych samochodów, przynajmniej na razie - powiedział, gdy chciałam spróbować zaparkować pomiędzy stojącym równolegle do krawężnika mercedesem a jakimś fordem.
Trudno, posłuchałam męża grzecznie. On i tak cały czas trzyma rękę na ręcznym. Czasem go nerwowo zaciągnie. Ale rozumiem go.
Koleżanka z pracy znalazła jakiś plac manewrowy i wozi mnie tam swoim nowym renault clio żebym mogła poćwiczyć. Ja jeżdżę zygzakiem po łuku, a ona biega i ustawia pachołki.
- Basiu, z tym łukiem coś jest nie tak - mówię do niej gdy kolejny raz laduję tyłem na pachołku.
Jak się potem okazało, miałam racje. Ten łuk był felerny. Ale dzięki temu jeżdżeniu po tym łuku już nie hamuję tak gwałtownie i potrafię zmieścić się w kopercie.
A ostatnio zadzwonił do mnie ktoś i przedstawił się jako instruktor od trudnych przypadków. Dowiedział się o moich problemach od mojej cioci i zadzwonił ,żeby zaproponować swoją pomoc. Wydał mi się trochę zarozumiały, gdy usłyszałam, że on każdego nauczy jeździć. Ale kto wie? Może to jest ktoś kto mi pomoże?
Tak więc teraz jeżdżę z panem Jurkiem. I jestem bardzo zadowolona. Opowiedziałam mu na początku o wszystkich swoich kłopotach, stresach i przeżyciach. Nie zniechęcił się.
Dziś byłam więc na pierwszej lekcji i ku mojemu zdumieniu wcale nie robiłam tych wszystkich głupich błędów, które ciągle robię. Całkiem dobrze mi się skręcało w prawo, wiedziałam kiedy prostować kierownicę. Nie trzymałam ciągle wciśniętego sprzęgła. Nie wyrzucało mnie na drugi pas przy wychodzeniu z zakrętu. Pamiętałam o redukcji biegów przy wchodzeniu w zakręt, i o tym, że jak skręcam w lewo to muszę się zbliżyć do osi jezdni. I nawet korzystałam z lusterek! Pan Jurek dużo chwali, jest spokojny. Na lekcji jest podobnie jak z Anią, ale jednak stosuje trochę inne metody. Myślę, że to dobry pomysł, żeby całkiem na jakiś czas zmienić instruktora. Zadzwonię do Ani i powiem jej, że przez jakiś czas pojeżdżę z panem Jurkiem.
Nowy instruktor stwierdził, że nie jest tak źle jak mówiłam, że całkiem dobrze sobie radzę, tylko muszę się pozbyć tej blokady wewnętrznej i wtedy będzie wszystko ok. Po raz pierwszy chyba wróciłam z lekcji taka rozpromieniona i uskrzydlona.
wtorek, 9 marca 2010
Do trzech razy sztuka?
Druga jazda w poniedziałek przed trzecim egzaminem to był prawdziwy koszmar. Instruktor ma mnie chyba powyżej dziurek od nosa. Nie mogę powiedzieć żeby wrzeszczał na mnie. To raczej był "krzyk wewnętrzny". I najgorsze, że on ma rację. Pytam o rzeczy oczywiste, zapominam, na którym biegu jadę. Ale on swoimi komentarzami też mi nie pomaga. Poza tym to w końcu jego praca, uczyć ludzi jeżdżenia.
- jak tak będzie jutro, to nie masz szans - słyszałam co chwila.
Gdybym to ja w pracy, w szkole tak się wkurzała na trudnych uczniów, to dopiero by się narobiło!
A myślałam, że będzie lepiej, bo w sobotę i niedzielę jeździłam z mężem nad Odrą naszym samochodem. I dobrze mi szło. Górkę robiłam bez problemów, no, może tylko błotem pochlapałam szyby na początku nim wyczułam kiedy i ile tego gazu wciskać. Zawracałam, cofałam, skręcałam i pokonywałam wszystkie przeszkody. Naprawdę podobało mi się i myślałam, że to mi pomoże. Tymczasem po poniedziałkowej jeździe stwierdziłam, że dam sobie spokój. Nie chcę już więcej, nie dam rady. Na samo wspomnienie tej jazdy zaczynałam płakać. Najpierw w tramwaju, w drodze do pracy po skończonej jeździe zadzwonił rozentuzjazmowany maż
- no i jak? Lepiej ci poszło dzisiaj? - spytał
A ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć, bo zaczęłam ryczeć. Ludzie mi się przyglądali, wstyd jak nic.
Potem w pracy:
- No i jak pani poszło? - a ja w ryk znowu.
Po przyjściu do domu ta sama sytuacja, no bo dzieci zadały mi takie samo pytanie. Na samo wspomnienie mojego instruktora zalewałam się łzami. A egzamin już jutro i jeszcze jedna godzina jazdy z samego rana. Zadzwoniłam do żony instruktora.
- Aniu, ja nie dam rady, możesz ze mną jechać jutro?
Niestety, Ania nie mogła, ale obiecała, że będzie spokojnie. Trudno, jakoś to przeżyję, i dam sobie święty spokój z tą nauką i będę żyła dalej z tą porażką.
Było mi źle, smutno, beznadziejne. Wzięłam tabletkę nasenną i poszłam spać.
A dziś rano wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam podwójną herbatkę z melisy i połknęłam tabletkę persenu. Drugą spakowałam do torebki, tak na wszelki wypadek. Spakowałam też do siatki małą poduszeczkę (na wypadek gdybym znowu trafiła na samochód bez regulacji wysokości fotela), kanapkę z szynką i wodę do picia. Poszłam na 8.00 na jazdę z nadzieją, że Ania jednak przyjedzie. No i znowu rozczarowanie. Samochód podjechał, ale w środku nie było Ani, tylko mój instruktor.
- minę masz nietęgą - zagadnął dość przyjaźnie
- bo też nietęgo się czuję
- postaram się być miły, ale ty też się postaraj nie robić
takich podstawowych błędów
I w nastroju rozejmu rozpoczęliśmy jazdę. Nie było ani lepiej, ani gorzej z moimi umiejętnościami, ale było spokojnie i bardzo kulturalnie. Po godzinie pożegnaliśmy się i pojechałam na egzamin.
Miałam trochę czasu, usiadłam więc spokojnie w poczekalni. Tam zawsze panuje atmosfera jak przed egzekucją. Cisza, napięcie. Wzrok oczekujących utkwiony w wielkim oknie, za którym widać plac manewrowy i mękę egzaminowanych. Nie zamierzałam się temu przyglądać. Usiadłam, wyjęłam z siatki kanapkę, wodę i moją tabletkę "na spokój". Zaczęłam spokojnie jeść, popijając suchą kanapkę wodą. Połknęłam drugą tabletkę, może mi pomoże? Obserwowałam innych ludzi. Byłam chyba najstarsza. Sami młodzi, tak samo przerażeni wszyscy. Co chwilę przez głośniki wyczytywano nazwisko innego skazańca, który z westchnieniem wstawał i wychodził punktu, w którym oczekuje się na swojego "egzekutora". Wszyscy żegnaliśmy takiego delikwenta spojrzeniem pełnym współczucia.
W pewnym momencie wyczytano moje nazwisko. Żeby tylko. Wyczytano moje pierwsze imię i drugie imię, i z osobna każdy z dwóch członów mojego nazwiska (komuś chyba strasznie wesoło tam z drugiej strony głośnika było).Inni oczekujący uśmiechali się pod nosem. Bo to komicznie zabrzmiało i mnie również rozśmieszyło. Więc ze spokojem spakowałam niedojedzoną kanapkę, popiłam wodą i wstając powiedziałam
- no, zapomnieli jeszcze dodać, że od bierzmowania mam jeszcze jedno imię, Bernadetta, żeby było śmieszniej.
Żegnały mnie przyjazne spojrzenia pozostałych współbraci egzaminu państwowego na prawo jazdy gdy szłam w stronę placu.
I na tym w zasadzie mogłabym poprzestać odsyłając ewentualnych czytelników do jednego z poprzednich rozdziałów. Bo znowu sytuacja się powtórzyła. Łuk, tył samochodu poza linią, ponowna szansa i ...zwalony pachołek. Tym razem na zakręcie. Znam już trzech egzaminatorów, ciekawe ilu ich jest? No i w dalszym ciągu nie udało mi się wyjechać z placu manewrowego.
Wychodziłam jednak z WORDU lekko, z uśmiechem i wielką ulgą.
- No, mam na jakiś czas spokój - Teraz muszę opracować jakąś strategię na przyszłość. Bo wiem, że wczorajszy dzień był tylko kryzysem. Zdam w końcu kiedyś ten cholerny egzamin i właśnie, że będę jeździć sama samochodem i to ze skrzynią biegów manualną a nie automatyczną, jak radzi mój instruktor! Tylu bliskich mi ludzi mimo wszystko wierzy we mnie nadal, nie mogę ich zawieźć.
- jak tak będzie jutro, to nie masz szans - słyszałam co chwila.
Gdybym to ja w pracy, w szkole tak się wkurzała na trudnych uczniów, to dopiero by się narobiło!
A myślałam, że będzie lepiej, bo w sobotę i niedzielę jeździłam z mężem nad Odrą naszym samochodem. I dobrze mi szło. Górkę robiłam bez problemów, no, może tylko błotem pochlapałam szyby na początku nim wyczułam kiedy i ile tego gazu wciskać. Zawracałam, cofałam, skręcałam i pokonywałam wszystkie przeszkody. Naprawdę podobało mi się i myślałam, że to mi pomoże. Tymczasem po poniedziałkowej jeździe stwierdziłam, że dam sobie spokój. Nie chcę już więcej, nie dam rady. Na samo wspomnienie tej jazdy zaczynałam płakać. Najpierw w tramwaju, w drodze do pracy po skończonej jeździe zadzwonił rozentuzjazmowany maż
- no i jak? Lepiej ci poszło dzisiaj? - spytał
A ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć, bo zaczęłam ryczeć. Ludzie mi się przyglądali, wstyd jak nic.
Potem w pracy:
- No i jak pani poszło? - a ja w ryk znowu.
Po przyjściu do domu ta sama sytuacja, no bo dzieci zadały mi takie samo pytanie. Na samo wspomnienie mojego instruktora zalewałam się łzami. A egzamin już jutro i jeszcze jedna godzina jazdy z samego rana. Zadzwoniłam do żony instruktora.
- Aniu, ja nie dam rady, możesz ze mną jechać jutro?
Niestety, Ania nie mogła, ale obiecała, że będzie spokojnie. Trudno, jakoś to przeżyję, i dam sobie święty spokój z tą nauką i będę żyła dalej z tą porażką.
Było mi źle, smutno, beznadziejne. Wzięłam tabletkę nasenną i poszłam spać.
A dziś rano wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam podwójną herbatkę z melisy i połknęłam tabletkę persenu. Drugą spakowałam do torebki, tak na wszelki wypadek. Spakowałam też do siatki małą poduszeczkę (na wypadek gdybym znowu trafiła na samochód bez regulacji wysokości fotela), kanapkę z szynką i wodę do picia. Poszłam na 8.00 na jazdę z nadzieją, że Ania jednak przyjedzie. No i znowu rozczarowanie. Samochód podjechał, ale w środku nie było Ani, tylko mój instruktor.
- minę masz nietęgą - zagadnął dość przyjaźnie
- bo też nietęgo się czuję
- postaram się być miły, ale ty też się postaraj nie robić
takich podstawowych błędów
I w nastroju rozejmu rozpoczęliśmy jazdę. Nie było ani lepiej, ani gorzej z moimi umiejętnościami, ale było spokojnie i bardzo kulturalnie. Po godzinie pożegnaliśmy się i pojechałam na egzamin.
Miałam trochę czasu, usiadłam więc spokojnie w poczekalni. Tam zawsze panuje atmosfera jak przed egzekucją. Cisza, napięcie. Wzrok oczekujących utkwiony w wielkim oknie, za którym widać plac manewrowy i mękę egzaminowanych. Nie zamierzałam się temu przyglądać. Usiadłam, wyjęłam z siatki kanapkę, wodę i moją tabletkę "na spokój". Zaczęłam spokojnie jeść, popijając suchą kanapkę wodą. Połknęłam drugą tabletkę, może mi pomoże? Obserwowałam innych ludzi. Byłam chyba najstarsza. Sami młodzi, tak samo przerażeni wszyscy. Co chwilę przez głośniki wyczytywano nazwisko innego skazańca, który z westchnieniem wstawał i wychodził punktu, w którym oczekuje się na swojego "egzekutora". Wszyscy żegnaliśmy takiego delikwenta spojrzeniem pełnym współczucia.
W pewnym momencie wyczytano moje nazwisko. Żeby tylko. Wyczytano moje pierwsze imię i drugie imię, i z osobna każdy z dwóch członów mojego nazwiska (komuś chyba strasznie wesoło tam z drugiej strony głośnika było).Inni oczekujący uśmiechali się pod nosem. Bo to komicznie zabrzmiało i mnie również rozśmieszyło. Więc ze spokojem spakowałam niedojedzoną kanapkę, popiłam wodą i wstając powiedziałam
- no, zapomnieli jeszcze dodać, że od bierzmowania mam jeszcze jedno imię, Bernadetta, żeby było śmieszniej.
Żegnały mnie przyjazne spojrzenia pozostałych współbraci egzaminu państwowego na prawo jazdy gdy szłam w stronę placu.
I na tym w zasadzie mogłabym poprzestać odsyłając ewentualnych czytelników do jednego z poprzednich rozdziałów. Bo znowu sytuacja się powtórzyła. Łuk, tył samochodu poza linią, ponowna szansa i ...zwalony pachołek. Tym razem na zakręcie. Znam już trzech egzaminatorów, ciekawe ilu ich jest? No i w dalszym ciągu nie udało mi się wyjechać z placu manewrowego.
Wychodziłam jednak z WORDU lekko, z uśmiechem i wielką ulgą.
- No, mam na jakiś czas spokój - Teraz muszę opracować jakąś strategię na przyszłość. Bo wiem, że wczorajszy dzień był tylko kryzysem. Zdam w końcu kiedyś ten cholerny egzamin i właśnie, że będę jeździć sama samochodem i to ze skrzynią biegów manualną a nie automatyczną, jak radzi mój instruktor! Tylu bliskich mi ludzi mimo wszystko wierzy we mnie nadal, nie mogę ich zawieźć.
piątek, 5 marca 2010
W oczekiwaniu na trzecie podejście
Od ostatniego egzaminu minął miesiąc. Następny mam w przyszły wtorek. Wymyśliłam sobie, że kupię 4 godziny jazdy. Umówiłam się z Krzyśkiem na dwie jazdy po 1,5 godziny i jedną godzinę bezpośrednio przed egzaminem. Wczoraj wsiadłam do samochodu po raz pierwszy od ostatniego egzaminu,. Jestem zrozpaczona. Ja wszystko zapomniałam. Nawet pedały mi się pomieszały. W pierwszym momencie nie wiedziałam, który to od gazu a który od sprzęgła. To sprzęgło to jakiś koszmar. Myślę, że dopóki nie zrozumiem po co ono jest, to nie opanuję tego cholerstwa. Byłam straszliwie spięta. Znowu robiłam same głupoty. Żadnego parkowania nie udało mi się poprawnie wykonać za pierwszym razem. Strasznie mnie wkurza, że jestem taka nieudolna. Wstyd mi przed instruktorem. Mam wrażenie, że on we mnie nie wierzy, a to mnie wcale nie motywuje. Może ja faktycznie nie powinnam jeździć samochodem? Może to u mnie coś w rodzaju "samochodowej dysleksji", czy czort wie jaka inna ułomność? Żeby coś z tego wyszło, to powinnam chyba jeździć każdego dnia. Ale nie stać mnie na tyle godzin dodatkowych. Rodzina chyba też we mnie nie wierzy. Dzieci powiedziały, że nigdy ze mną do samochodu nie wsiądą, a mąż nie kwapi się żeby mnie pouczyć w naszym aucie. Czarno widzę swoją przyszłość kierowcy.
czwartek, 4 marca 2010
Podejście drugie
Przed drugim egzaminem wykupiłam znowu 3 godziny jazdy żeby nie wyjść z wprawy. Tym razem egzamin miałam na 16.00. Znowu pojechałam z mężem. Nafaszerowałam się persenem, żeby się nie denerwować. Trochę obawiałam się, że będę senna po nim, ale nic z tego. Poziom adrenaliny był w dalszym ciągu zbyt wysoki moim zdaniem.
- Jeśli tym razem oblejesz, to ja już więcej nie będę z tobą tu przyjeżdżał bo pewnie pecha ci przynoszę - powiedział mój mąż.
I znowu jak poprzednio do zdających wyszedł koordynator. Przywitał nas pięknie, wyjaśnił procedury wskazując na sytuacje, które mogą spowodować zakończenie egzaminu.
- Nie wolno państwu najechać na linię, potrącić lub przewrócić pachołka lub wjechać na niego. Mogą się zdarzyć jeszcze inne nieprawidłowości - powiedział patrząc wprost na mnie. Tak, bo to był mój poprzedni egzaminator. Miłe z jego strony, że nie zwrócił uwagi na to, że nie należy mylić pedału gazu i hamowania.
Wyczytano moje nazwisko, podeszłam do miejsca, w którym oczekuje się na egzaminatora. Ciekawe, który to będzie? Znowu podszedł do mnie sympatyczny, młody człowiek. Sprawdził moja tożsamość, wylosowałam płyn olejowy i światła stopu, poradziłam sobie z ta częścią bez kłopotu. Potem powtórzyła się sytuacja, to znaczy przygotowałam się do jazdy. Tym razem fotel podnosił się jak należy więc miałam lepszą widoczność i nie musiałam wyciągać z reklamówki kolorowego jaśka z uśmiechniętym łosiem na poszewce. No i ruszyłam. Pięknie zrobiłam łuk do przodu.
- Panie Boże, proszę, pomóż mi choć troszeczkę - szeptałam cieniutko sama do siebie.
- daj mi chociaż wyjechać trochę na miasto, tak dla honoru, proszę! - do przodu poszło jak po maśle. Teraz wsteczny i cofam po łuku. Cały czas jęczę do Pana Boga z prośbami przy tym cofaniu. Kiedy już jestem na prostej to pamiętam, żeby odwrócić się i patrzeć w tylną szybę, no i nie naciskać znowu na pedał gazu przy hamowaniu. Jest, udało mi się! Jestem bardzo szczęśliwa. Ale egzaminator krytycznym okiem patrzy na zderzak i mówi, że pół centymetra za płytko zaparkowałam.
- proszę powtórzyć manewr. Noga zaczęła mi latać. Całą uwagę skupiam więc na opanowaniu tego drżenia. Powtarzam manewr, idzie mi dobrze, dalej proszę o boskie wsparcie i jakoś idzie. Mruczę cały czas, zaklinam, błagam wszystkich świętych i jakoś jadę. Teraz cofam, odwracam głowę, oceniam odległość do pachołka i....
- Matko Święta! Ja patrzę nie na ten pachołek co potrzeba! - no i znowu ląduję na pachołku.
- I dupa! - kwituję zamiast powiedzieć "amen" po tych wszystkich błaganiach.
- No i co pani zrobiła? Przecież dobrze pani szło? - dziwi się egzaminator
- Naprawdę bardzo mi przykro - egzaminator jest trochę poruszony
- oj, niech się pan nie martwi, poszło mi lepiej jak poprzednim razem - co za sytuacja! Pocieszam egzaminatora. Po co kazał mi powtarzać? Gdyby mi uznał ten pierwszy raz to może już górkę bym zaliczyła. A tak, znowu skucha. I jak za pierwszym razem, wzięłam kartę z adnotacja że zagrażam bezpieczeństwu i poszłam do kasy opłacić trzeci egzamin. Maż nic nie mówił. A mnie zmroziło
- O Boże! - krzyknęłam
- Co się stało? - mąż patrzył na mnie z niepokojem
- w tym samochodzie przecież jest kamera i mikrofon i to wszystko się nagrywało -
- no i co z tego? - mój mąż nie mógł zrozumieć co mnie tak przeraziło
- jak to co? ja cały czas jęczałam błagając o boskie wsparcie a na koniec powiedziałam "dupa". To wszystko się nagrało!
- oj, wielkie rzeczy, to się najwyżej trochę pośmieją z ciebie. - po czym przytulił mnie czule i pojechaliśmy do domu.
- Jeśli tym razem oblejesz, to ja już więcej nie będę z tobą tu przyjeżdżał bo pewnie pecha ci przynoszę - powiedział mój mąż.
I znowu jak poprzednio do zdających wyszedł koordynator. Przywitał nas pięknie, wyjaśnił procedury wskazując na sytuacje, które mogą spowodować zakończenie egzaminu.
- Nie wolno państwu najechać na linię, potrącić lub przewrócić pachołka lub wjechać na niego. Mogą się zdarzyć jeszcze inne nieprawidłowości - powiedział patrząc wprost na mnie. Tak, bo to był mój poprzedni egzaminator. Miłe z jego strony, że nie zwrócił uwagi na to, że nie należy mylić pedału gazu i hamowania.
Wyczytano moje nazwisko, podeszłam do miejsca, w którym oczekuje się na egzaminatora. Ciekawe, który to będzie? Znowu podszedł do mnie sympatyczny, młody człowiek. Sprawdził moja tożsamość, wylosowałam płyn olejowy i światła stopu, poradziłam sobie z ta częścią bez kłopotu. Potem powtórzyła się sytuacja, to znaczy przygotowałam się do jazdy. Tym razem fotel podnosił się jak należy więc miałam lepszą widoczność i nie musiałam wyciągać z reklamówki kolorowego jaśka z uśmiechniętym łosiem na poszewce. No i ruszyłam. Pięknie zrobiłam łuk do przodu.
- Panie Boże, proszę, pomóż mi choć troszeczkę - szeptałam cieniutko sama do siebie.
- daj mi chociaż wyjechać trochę na miasto, tak dla honoru, proszę! - do przodu poszło jak po maśle. Teraz wsteczny i cofam po łuku. Cały czas jęczę do Pana Boga z prośbami przy tym cofaniu. Kiedy już jestem na prostej to pamiętam, żeby odwrócić się i patrzeć w tylną szybę, no i nie naciskać znowu na pedał gazu przy hamowaniu. Jest, udało mi się! Jestem bardzo szczęśliwa. Ale egzaminator krytycznym okiem patrzy na zderzak i mówi, że pół centymetra za płytko zaparkowałam.
- proszę powtórzyć manewr. Noga zaczęła mi latać. Całą uwagę skupiam więc na opanowaniu tego drżenia. Powtarzam manewr, idzie mi dobrze, dalej proszę o boskie wsparcie i jakoś idzie. Mruczę cały czas, zaklinam, błagam wszystkich świętych i jakoś jadę. Teraz cofam, odwracam głowę, oceniam odległość do pachołka i....
- Matko Święta! Ja patrzę nie na ten pachołek co potrzeba! - no i znowu ląduję na pachołku.
- I dupa! - kwituję zamiast powiedzieć "amen" po tych wszystkich błaganiach.
- No i co pani zrobiła? Przecież dobrze pani szło? - dziwi się egzaminator
- Naprawdę bardzo mi przykro - egzaminator jest trochę poruszony
- oj, niech się pan nie martwi, poszło mi lepiej jak poprzednim razem - co za sytuacja! Pocieszam egzaminatora. Po co kazał mi powtarzać? Gdyby mi uznał ten pierwszy raz to może już górkę bym zaliczyła. A tak, znowu skucha. I jak za pierwszym razem, wzięłam kartę z adnotacja że zagrażam bezpieczeństwu i poszłam do kasy opłacić trzeci egzamin. Maż nic nie mówił. A mnie zmroziło
- O Boże! - krzyknęłam
- Co się stało? - mąż patrzył na mnie z niepokojem
- w tym samochodzie przecież jest kamera i mikrofon i to wszystko się nagrywało -
- no i co z tego? - mój mąż nie mógł zrozumieć co mnie tak przeraziło
- jak to co? ja cały czas jęczałam błagając o boskie wsparcie a na koniec powiedziałam "dupa". To wszystko się nagrało!
- oj, wielkie rzeczy, to się najwyżej trochę pośmieją z ciebie. - po czym przytulił mnie czule i pojechaliśmy do domu.
środa, 3 marca 2010
Pierwsze podejście
Na pierwszy egzamin pojechałam razem z mężem. Specjalnie zwolnił się z pracy żeby mi dodać otuchy i wiary we własne siły.
W przeddzień egzaminu powtarzałam wszystkie światła samochodowe i płyny ustrojowe jakie w nim płyną. Nawet się pokłóciłam z mężem bo nie umiał mi wytłumaczyć gdzie się włącza światła postojowe. Kompletnie nie mógł zrozumieć o co ja go pytam? Jak już przestał się wściekać, to zeszliśmy do samochodu i włączył te nieszczęsne światła. No i o to mi chodziło. Faktycznie, nie pomyślałam, że jak włączam światła mijania to najpierw włączam postojowe. Teraz już mogę spokojnie wylosować na egzaminie te światła. A swoją drogą jaki to ma sens: losować jedne światła i je omawiać i jeszcze pokazywać? Przecież jak już się je włączy, to tylko ślepy nie umiałby ich zobaczyć.
Trochę też się niepokoiłam co ja mam powiedzieć na temat płynu do spryskiwaczy gdybym go wylosowała? To trochę głupie: omówić płyn do spryskiwaczy.
Jestem pełna podziwu dla mojego męża. On naprawdę wierzy, że ja zdam ten egzamin za pierwszym podejściem. Chyba tylko on w to wierzy. Wiara podobno czyni cuda, więc może zdarzy się cud?
W dniu egzaminu pogoda była paskudna. Zimno, mokro i deszcz padał. Na ulicach zaspy śniegu, chlapa, szkoda słów. Będzie co ma być.
Egzamin miał być na 8.00. Do WORDU przyjechaliśmy jakieś pół godziny przed czasem. Weszliśmy do poczekalni. Kilka osób oczekujących na egzamin w towarzystwie wspierających. Mąż kopnął mnie delikatnie "na szczęście" (jak studiowałam, to kopniaki przed egzaminem sprawdzały się, zawsze zdawałam) i powiedział, że wróci za jakąś godzinę.
- Ty naprawdę myślisz, że ja się godzinę utrzymam na egzaminie? Jak mnie nie obleją po 15 minutach to będzie dobrze - zaśmiałam się
O 8.00 przyszedł koordynator egzaminów i nas poinformował o całej procedurze i czekających nas zadaniach. Nie musiałam oczekiwać długo na swoją kolejkę. Podeszłam do wyznaczonego miejsca i czekałam aż podejdzie do mnie egzaminator.
Na pierwszy rzut oka wydał mi się miłym człowiekiem. Jaki był w rzeczywistości, tego niestety nie miałam możliwości sprawdzić, bo zbyt szybko się rozstaliśmy. Kiedy już sprawdził, że ja to ja, to dał mi do wylosowania te nieszczęsne płyny i światła. Nie było tak źle. Wylosowałam płyn olejowy i światła mijania. Proste. Bezbłędnie wykonałam zadanie. Nawet maskę umiałam podnieść sama.
Potem wsiadłam do samochodu
-Proszę przygotować się do jazdy - poinstruował mnie egzaminator
Wiedziałam co mam zrobić. Najpierw podnieść do oporu fotel. Bo jestem krótka bardzo osoba. I tu zdziwienie. Fotel się nie podnosi. Wiem więc, że muszę opuścić sobie kierownicę. Zrobiłam to, ale co z tego że mi kierownica nie zasłania, jak widzę tylko przez górną część szyby. Trudno, następnym razem wezmę poduszeczkę. Dobrze chociaż, że mogę dosunąć sobie fotel maksymalnie do przodu. I tak ledwo sięgam nogami do pedałów. Ustawiłam lusterka, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik, zwolniłam hamulec, teraz jedynka. Moje serce waliło jak dzwon (tak powinnam napisać gdyby to była literatura romansowa. Ale waliło, naprawdę). Sprzęgło, gaz i powoli ruszam do przodu. Prosto, prościutko..., teraz zakręt, kierownica pół skrętu, przy następnym pachołku drugie pół. Jest, udało mi się pokonać łuk. Jadę idealnie, samym środkiem pasa. Zaraz wjadę do koperty co udaje garaż..., już jestem, teraz trzeba zahamować i... i walę prawą nogą w pedał gazu do dechy! Pachołek leży, co tam pachołek, dobrze, że za nim wielka kupa śniegu była bo na płocie bym się zatrzymała. A egzaminator wcale nie okazuje emocji. Wsiada do samochodu spokojnie
- wie pani, że to już koniec?
- ile minut trwał mój egzamin? - pytam
- sześć
- i nie mogę nawet spróbować dokończyć tego manewru? - pytam dość naiwnie, ale on taki spokojny, co mi zależy spytać?
- no, niestety, pani zagraża bezpieczeństwu na drodze
Podziękowałam, wzięłam kartę egzaminacyjną i wyszłam przed plac. Oczywiście męża jeszcze nie było. Żaden egzamin, nawet najgorszy, nie kończy się po sześciu minutach więc jeszcze nie wrócił. Poszłam więc do kasy zapłacić za następny termin. Kiedy mój mąż mnie tam znalazł był prawdziwie niepocieszony. No cóż, dobrze, że nie komentował mojego błędu, sama wiem co zrobiłam. Pierwsze koty za płoty.
W przeddzień egzaminu powtarzałam wszystkie światła samochodowe i płyny ustrojowe jakie w nim płyną. Nawet się pokłóciłam z mężem bo nie umiał mi wytłumaczyć gdzie się włącza światła postojowe. Kompletnie nie mógł zrozumieć o co ja go pytam? Jak już przestał się wściekać, to zeszliśmy do samochodu i włączył te nieszczęsne światła. No i o to mi chodziło. Faktycznie, nie pomyślałam, że jak włączam światła mijania to najpierw włączam postojowe. Teraz już mogę spokojnie wylosować na egzaminie te światła. A swoją drogą jaki to ma sens: losować jedne światła i je omawiać i jeszcze pokazywać? Przecież jak już się je włączy, to tylko ślepy nie umiałby ich zobaczyć.
Trochę też się niepokoiłam co ja mam powiedzieć na temat płynu do spryskiwaczy gdybym go wylosowała? To trochę głupie: omówić płyn do spryskiwaczy.
Jestem pełna podziwu dla mojego męża. On naprawdę wierzy, że ja zdam ten egzamin za pierwszym podejściem. Chyba tylko on w to wierzy. Wiara podobno czyni cuda, więc może zdarzy się cud?
W dniu egzaminu pogoda była paskudna. Zimno, mokro i deszcz padał. Na ulicach zaspy śniegu, chlapa, szkoda słów. Będzie co ma być.
Egzamin miał być na 8.00. Do WORDU przyjechaliśmy jakieś pół godziny przed czasem. Weszliśmy do poczekalni. Kilka osób oczekujących na egzamin w towarzystwie wspierających. Mąż kopnął mnie delikatnie "na szczęście" (jak studiowałam, to kopniaki przed egzaminem sprawdzały się, zawsze zdawałam) i powiedział, że wróci za jakąś godzinę.
- Ty naprawdę myślisz, że ja się godzinę utrzymam na egzaminie? Jak mnie nie obleją po 15 minutach to będzie dobrze - zaśmiałam się
O 8.00 przyszedł koordynator egzaminów i nas poinformował o całej procedurze i czekających nas zadaniach. Nie musiałam oczekiwać długo na swoją kolejkę. Podeszłam do wyznaczonego miejsca i czekałam aż podejdzie do mnie egzaminator.
Na pierwszy rzut oka wydał mi się miłym człowiekiem. Jaki był w rzeczywistości, tego niestety nie miałam możliwości sprawdzić, bo zbyt szybko się rozstaliśmy. Kiedy już sprawdził, że ja to ja, to dał mi do wylosowania te nieszczęsne płyny i światła. Nie było tak źle. Wylosowałam płyn olejowy i światła mijania. Proste. Bezbłędnie wykonałam zadanie. Nawet maskę umiałam podnieść sama.
Potem wsiadłam do samochodu
-Proszę przygotować się do jazdy - poinstruował mnie egzaminator
Wiedziałam co mam zrobić. Najpierw podnieść do oporu fotel. Bo jestem krótka bardzo osoba. I tu zdziwienie. Fotel się nie podnosi. Wiem więc, że muszę opuścić sobie kierownicę. Zrobiłam to, ale co z tego że mi kierownica nie zasłania, jak widzę tylko przez górną część szyby. Trudno, następnym razem wezmę poduszeczkę. Dobrze chociaż, że mogę dosunąć sobie fotel maksymalnie do przodu. I tak ledwo sięgam nogami do pedałów. Ustawiłam lusterka, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik, zwolniłam hamulec, teraz jedynka. Moje serce waliło jak dzwon (tak powinnam napisać gdyby to była literatura romansowa. Ale waliło, naprawdę). Sprzęgło, gaz i powoli ruszam do przodu. Prosto, prościutko..., teraz zakręt, kierownica pół skrętu, przy następnym pachołku drugie pół. Jest, udało mi się pokonać łuk. Jadę idealnie, samym środkiem pasa. Zaraz wjadę do koperty co udaje garaż..., już jestem, teraz trzeba zahamować i... i walę prawą nogą w pedał gazu do dechy! Pachołek leży, co tam pachołek, dobrze, że za nim wielka kupa śniegu była bo na płocie bym się zatrzymała. A egzaminator wcale nie okazuje emocji. Wsiada do samochodu spokojnie
- wie pani, że to już koniec?
- ile minut trwał mój egzamin? - pytam
- sześć
- i nie mogę nawet spróbować dokończyć tego manewru? - pytam dość naiwnie, ale on taki spokojny, co mi zależy spytać?
- no, niestety, pani zagraża bezpieczeństwu na drodze
Podziękowałam, wzięłam kartę egzaminacyjną i wyszłam przed plac. Oczywiście męża jeszcze nie było. Żaden egzamin, nawet najgorszy, nie kończy się po sześciu minutach więc jeszcze nie wrócił. Poszłam więc do kasy zapłacić za następny termin. Kiedy mój mąż mnie tam znalazł był prawdziwie niepocieszony. No cóż, dobrze, że nie komentował mojego błędu, sama wiem co zrobiłam. Pierwsze koty za płoty.
wtorek, 2 marca 2010
Przed egzaminem
Wyjeździłam już grubo ponad 30 przepisowych godzin. Jakoś wcale nie czuję, że umiem jeździć lepiej. Ciągle robię te same błędy. W dalszym ciągu mam kłopoty ze skręcaniem w prawo, redukcją biegów przy wchodzeniu w zakręt i trzymaniem się swojego pasa. Znosi mnie w prawo do krawężnika, co zagraża wszystkim bocznym lusterkom na mojej drodze. Boję się manewru zawracania, no i parkowania. I to najbardziej boję się parkowania pod skosem i prostopadle. A to podobno najłatwiejsze. Ja tam wolę równoległe parkowanie. To pod skosem zawsze wychodzi mi krzywo, a prostopadłe wcale nie jest prostopadłe. Jak ja mogę równiutko zaparkować skoro nawet marchewkę krzywo sieję na grządkach? Wspominałam już, że geometria nie jest moją mocną stroną.
Trudno, jednak w końcu trzeba stawić czoła swoim strachom. Czas zapisać się na egzamin.
Postanowiłam jeszcze dokupić ze dwie godzinki jazdy i poćwiczyć te moje słabości.
Zapisałam się więc na mój pierwszy egzamin i następnie umówiłam z Anią dwa dni przed egzaminem, żeby nabrać wprawy. Oczywiście jazda na benzynie.
W dniu jazdy dzwoni do mnie Ania.
- Dorota, jestem chora, może Krzysiek z tobą pojeździ? - spytała
- A nie będzie na mnie krzyczał? - spytałam nieco zbita z tropu. Gdzieś w tle usłyszałam jak mój pierwszy instruktor krzyczy śmiejąc się, że będzie grzeczny jak baranek.
- No dobrze, ja już się Krzyśka nie boję, w końcu jakoś przecież jadę - Odpowiedziałam nie do końca jednak wewnętrznie przekonana o tym.
Tak więc poszłam zakończyć moją naukę z instruktorem, który uczył mnie stawiania pierwszych kroków. A raczej kręcenia kierownicą.
Nie było najgorzej. Krzysiek nie denerwował się już na mnie tak bardzo. A mnie bardzo zależało na tym żeby mu pokazać jakie postępy poczyniłam. Cieszyłam się więc z każdego udanego manewru. Szkoda tylko, że tych nieudanych dalej było za dużo. Instruktor jednak był miły i dodawał mi otuchy. Poczęstowałam go z tej wdzięczności cukierkiem melisowym. Coś mi podpowiadało, że jeszcze będziemy się spotykać z Anią i Krzyśkiem. To dopiero pierwsze podejście. Ciekawe ile ich będzie zanim w końcu naprawdę powiem, że umiem jeździć?
Trudno, jednak w końcu trzeba stawić czoła swoim strachom. Czas zapisać się na egzamin.
Postanowiłam jeszcze dokupić ze dwie godzinki jazdy i poćwiczyć te moje słabości.
Zapisałam się więc na mój pierwszy egzamin i następnie umówiłam z Anią dwa dni przed egzaminem, żeby nabrać wprawy. Oczywiście jazda na benzynie.
W dniu jazdy dzwoni do mnie Ania.
- Dorota, jestem chora, może Krzysiek z tobą pojeździ? - spytała
- A nie będzie na mnie krzyczał? - spytałam nieco zbita z tropu. Gdzieś w tle usłyszałam jak mój pierwszy instruktor krzyczy śmiejąc się, że będzie grzeczny jak baranek.
- No dobrze, ja już się Krzyśka nie boję, w końcu jakoś przecież jadę - Odpowiedziałam nie do końca jednak wewnętrznie przekonana o tym.
Tak więc poszłam zakończyć moją naukę z instruktorem, który uczył mnie stawiania pierwszych kroków. A raczej kręcenia kierownicą.
Nie było najgorzej. Krzysiek nie denerwował się już na mnie tak bardzo. A mnie bardzo zależało na tym żeby mu pokazać jakie postępy poczyniłam. Cieszyłam się więc z każdego udanego manewru. Szkoda tylko, że tych nieudanych dalej było za dużo. Instruktor jednak był miły i dodawał mi otuchy. Poczęstowałam go z tej wdzięczności cukierkiem melisowym. Coś mi podpowiadało, że jeszcze będziemy się spotykać z Anią i Krzyśkiem. To dopiero pierwsze podejście. Ciekawe ile ich będzie zanim w końcu naprawdę powiem, że umiem jeździć?
poniedziałek, 1 marca 2010
Ważne jest to, co autko popija
Razem ze mną kurs rozpoczął mój młody siostrzeniec, Kasper. Z tym, że jemu od początku szło jak po maśle.
- Ciociu, urodzony kierowca jestem! To niesamowita frajda prowadzić samochód - jak się później okazało, to i on miał problemy ze zdaniem egzaminu, nie tak od razu przekonał egzaminatora do swojego talentu urodzonego kierowcy. Kiedy Kasper oblał pierwszy egzamin był w lekkim szoku. Jak to się mogło stać? Rozmawialiśmy jak kumple z jednej ławki szkolnej.
- Ciociu, a jeździła ciocia na benzynie? - spytał w trakcie naszej rozmowy
- Nie, samochód mojego instruktora to diesel. Zresztą co za różnica co autko pije? - zdziwiłam się trochę jego pytaniem.
- To lepiej niech ciocia sama zobaczy. Dobrze cioci radzę.
No i całe szczęście, że młodego posłuchałam. Umówiłam się z Anią, że na następną jazdę wymieni się samochodem z innym instruktorem tak, żebym mogła przekonać się, czy jest jakaś różnica, choć jej zdaniem, raczej nie powinnam mieć z tym problemów. Podejrzewałam, niestety trafnie, jak się potem okazało, że różnica jest kolosalna. Dlaczego? No, w dieslu to ja prawie z pedału gazu nie korzystałam, chyba że przez przypadek zamiast na hamulec to na gaz nacisnęłam. Powyżej 40 km na godzinę robi mi się trochę niedobrze (dlatego najbardziej lubię jeździć w strefie gdzie nie muszę wrzucać trójki i jest ograniczenie do 30 km na godzinę), więc po co mi za dużo gazu wciskać? No a z tego co Kasper mówił, to jasno wynikało, że samochód na benzynie bez gazu raczej odmawia współpracy z kierowcą.
Pech dodatkowo chciał, że w dniu umówionej jazdy napadało jeszcze śniegu i było ślisko. Odpalałam samochód z duszą na ramieniu. Ręce i nogi mi drżały. Całkiem niepotrzebnie, bo co odpaliłam, to silnik mi gasł. Trwało trochę nim w końcu ruszyłyśmy. Samochód gasł co chwila. Ta lekcja polegała głównie na ciągłym uruchamianiu silnika. W końcu zorientowałam się, że aby nie gasło to muszę skoordynować bardziej pracę nogi lewej z prawą. Popuszczać sprzęgło i wciskać gaz jednocześnie. Nie tak jak w dieslu gdzie wystarczyło nacisnąć gaz jak sprzęgło do połowy już miałam popuszczone. Starałam się o tej różnicy pamiętać, ale czasem na skrzyżowaniu ze światłami wydawało mi się, że jak już trzeci cykl świetlny mija, a ja dalej stoję i blokuje ruch, to jakiś kierowca nie wytrzyma nerwowo i mnie normalnie udusi.
Swoją drogą co za szczęście, że człowiek ma tylko cztery kończyny. Gdyby tak jak ośmiornica, mieć aż osiem, to ktoś by wtedy na pewno wymyślił takie samochody, żeby każde z ośmiu ramion miało pełne ręce roboty podczas jazdy. Wtedy już nic by mi nie pomogło. Nie, nie, zdecydowanie wystarczą mi te cztery kończyny, które mam. A Ania ma naprawdę anielską cierpliwość. Patrzyła tylko na mnie i kiwała głową mówiąc:
- Nie myślałam, że to może być aż taki problem dla kogokolwiek?
- Ciociu, urodzony kierowca jestem! To niesamowita frajda prowadzić samochód - jak się później okazało, to i on miał problemy ze zdaniem egzaminu, nie tak od razu przekonał egzaminatora do swojego talentu urodzonego kierowcy. Kiedy Kasper oblał pierwszy egzamin był w lekkim szoku. Jak to się mogło stać? Rozmawialiśmy jak kumple z jednej ławki szkolnej.
- Ciociu, a jeździła ciocia na benzynie? - spytał w trakcie naszej rozmowy
- Nie, samochód mojego instruktora to diesel. Zresztą co za różnica co autko pije? - zdziwiłam się trochę jego pytaniem.
- To lepiej niech ciocia sama zobaczy. Dobrze cioci radzę.
No i całe szczęście, że młodego posłuchałam. Umówiłam się z Anią, że na następną jazdę wymieni się samochodem z innym instruktorem tak, żebym mogła przekonać się, czy jest jakaś różnica, choć jej zdaniem, raczej nie powinnam mieć z tym problemów. Podejrzewałam, niestety trafnie, jak się potem okazało, że różnica jest kolosalna. Dlaczego? No, w dieslu to ja prawie z pedału gazu nie korzystałam, chyba że przez przypadek zamiast na hamulec to na gaz nacisnęłam. Powyżej 40 km na godzinę robi mi się trochę niedobrze (dlatego najbardziej lubię jeździć w strefie gdzie nie muszę wrzucać trójki i jest ograniczenie do 30 km na godzinę), więc po co mi za dużo gazu wciskać? No a z tego co Kasper mówił, to jasno wynikało, że samochód na benzynie bez gazu raczej odmawia współpracy z kierowcą.
Pech dodatkowo chciał, że w dniu umówionej jazdy napadało jeszcze śniegu i było ślisko. Odpalałam samochód z duszą na ramieniu. Ręce i nogi mi drżały. Całkiem niepotrzebnie, bo co odpaliłam, to silnik mi gasł. Trwało trochę nim w końcu ruszyłyśmy. Samochód gasł co chwila. Ta lekcja polegała głównie na ciągłym uruchamianiu silnika. W końcu zorientowałam się, że aby nie gasło to muszę skoordynować bardziej pracę nogi lewej z prawą. Popuszczać sprzęgło i wciskać gaz jednocześnie. Nie tak jak w dieslu gdzie wystarczyło nacisnąć gaz jak sprzęgło do połowy już miałam popuszczone. Starałam się o tej różnicy pamiętać, ale czasem na skrzyżowaniu ze światłami wydawało mi się, że jak już trzeci cykl świetlny mija, a ja dalej stoję i blokuje ruch, to jakiś kierowca nie wytrzyma nerwowo i mnie normalnie udusi.
Swoją drogą co za szczęście, że człowiek ma tylko cztery kończyny. Gdyby tak jak ośmiornica, mieć aż osiem, to ktoś by wtedy na pewno wymyślił takie samochody, żeby każde z ośmiu ramion miało pełne ręce roboty podczas jazdy. Wtedy już nic by mi nie pomogło. Nie, nie, zdecydowanie wystarczą mi te cztery kończyny, które mam. A Ania ma naprawdę anielską cierpliwość. Patrzyła tylko na mnie i kiwała głową mówiąc:
- Nie myślałam, że to może być aż taki problem dla kogokolwiek?
sobota, 27 lutego 2010
Wolę na lewo
Jeszcze tylko kilka godzin zostało mi do ukończenia kursu, a ja dalej robię dziwne rzeczy. Na każdej lekcji wymyślam coś nowego. Na przykład ostatnio ciągle trzymam nogę nad pedałem hamulca i zamiast naciskać gaz to ja w najmniej odpowiednim momencie wciskam hamulec. Ostatnio przydarzyło mi się to na środku skrzyżowania. Nie wiem skąd mi się to bierze? No i to skręcanie. W lewo idzie mi jak po maśle, a ze skrętem w prawo mam problem.
- Dorota, przecież w prawo jest łatwiej skręcić, wystarczy, że będziesz trzymała się równolegle do krawężnika. Nie rozumiem w czym jest problem? - dziwi się Ania, a mnie za każdym razem przy skręcaniu w prawo wyrzuca na drugi pas.
- Nie lubię skręcać w prawo, ja zawsze byłam lekkim lewicowcem - śmieję się, bo faktycznie, coś w tym jest. I widzę, że Ania tak wybiera drogę, żebym jak najczęściej miała okazję skręcać w prawo. W końcu jakoś to opanowuję.
Ale za to pojawia się następny problem. Redukcja biegów przy wchodzeniu w zakręt. Czasami gdy Ania wydaje mi polecenie, że na najbliższym skrzyżowaniu skręcamy w prawo, to ja je mijam, choć wrzuciłam kierunkowskaz, bo nie zdążyłam zredukować w porę biegów, a na trójce raczej trudno by mi było wejść w zakręt. No to powtarzamy. Zbliżam się do skrzyżowania, redukuję bieg z trójki do dwójki, staram się pamiętać, że coś z tym sprzęgłem jeszcze muszę zrobić, lekko hamulec, potem to wszystko puścić i dodać gazu.
- Ja kiedyś zawału dostanę, strasznie dużo tych czynności. I chyba mam coś z mózgiem nie tak, bo droga "bodziec - reakcja" jest u mnie długa jak szyja żyrafy. Raz na jakiś czas udaje mi się wykonać to wszystko poprawnie, ale cały czas Ania mi mówi jak to robić. Przecież na egzaminie nikt mi nic nie powie. Co ja zrobię? Jak ja zdam ten egzamin?
- Dorota, przecież w prawo jest łatwiej skręcić, wystarczy, że będziesz trzymała się równolegle do krawężnika. Nie rozumiem w czym jest problem? - dziwi się Ania, a mnie za każdym razem przy skręcaniu w prawo wyrzuca na drugi pas.
- Nie lubię skręcać w prawo, ja zawsze byłam lekkim lewicowcem - śmieję się, bo faktycznie, coś w tym jest. I widzę, że Ania tak wybiera drogę, żebym jak najczęściej miała okazję skręcać w prawo. W końcu jakoś to opanowuję.
Ale za to pojawia się następny problem. Redukcja biegów przy wchodzeniu w zakręt. Czasami gdy Ania wydaje mi polecenie, że na najbliższym skrzyżowaniu skręcamy w prawo, to ja je mijam, choć wrzuciłam kierunkowskaz, bo nie zdążyłam zredukować w porę biegów, a na trójce raczej trudno by mi było wejść w zakręt. No to powtarzamy. Zbliżam się do skrzyżowania, redukuję bieg z trójki do dwójki, staram się pamiętać, że coś z tym sprzęgłem jeszcze muszę zrobić, lekko hamulec, potem to wszystko puścić i dodać gazu.
- Ja kiedyś zawału dostanę, strasznie dużo tych czynności. I chyba mam coś z mózgiem nie tak, bo droga "bodziec - reakcja" jest u mnie długa jak szyja żyrafy. Raz na jakiś czas udaje mi się wykonać to wszystko poprawnie, ale cały czas Ania mi mówi jak to robić. Przecież na egzaminie nikt mi nic nie powie. Co ja zrobię? Jak ja zdam ten egzamin?
piątek, 26 lutego 2010
Parkowanie równolegle
Jest dobrze. Nie pijam już melisy przed każdą jazdą. Moja instruktorka potrafi sprawić, że zaczynam łączyć teorię z praktyką. Dużo tłumaczy, wyjaśnia. Jednocześnie jest mnóstwo tematów, na które możemy sobie zwyczajnie pogadać. Wiadomo, nauczyciel z nauczycielem zawsze znajdzie temat do rozmowy. Dzięki temu uczę się podzielności uwagi, koncentracji i mam nadzieję, że nabieram maciupeńkiej rutyny w obsługiwaniu samochodu. Opanowałam już plac manewrowy na tyle, że spokojnie wykonuję wszystkie manewry. Ania mówi, że spokojnie na egzaminie sobie poradzę. (Jak się później okaże, nigdy nic nie wiadomo ze mną). Teraz muszę się skupić na jeździe po mieście. Przeraża mnie parkowanie, redukowanie biegów, skręcanie w prawo.
- Dziś poćwiczymy parkowanie - mówi Ania.
- A co się stanie jak walnę w zaparkowany obok samochód? - Ania mnie uspokaja. Mówi, że dam sobie radę.
Zaczęłyśmy od parkowania równoległego. Ania wytłumaczyła każdy ruch. Potem zaczęłam ćwiczyć.
- Wyszło mi, wyszło! Nie rozwaliłam nikomu auta i się zmieściłam - ale radość. Cieszę się jak dziecko.
- Powtórzmy to jeszcze raz- śmieje się instruktorka.
- Ok, podjeżdżam - mówię po kolei co mam robić- włączam prawy kierunkowskaz, następnie wrzucam wsteczny i cofam, aż się tyłem zrównam z samochodem, za którym mam zaparkować. Teraz kierownica do oporu w prawo i łapię kąt 45 stopni. (Z tym mam problem, geometria nigdy nie była moją mocną stroną). Jest, mam ten kąt. Teraz prostuję kierownicę i cofam, aż zobaczę w rogu przedniej szyby jego tylne, lewe światło. Ha, ha, światełka się spotkały. No to skręcam kierownicę do oporu w lewo i delikatnie wślizguję się za upatrzony samochód.
- Jest, udało mi się. To parkowanie podoba mi się chyba najbardziej.
Znowu jedziemy na miasto. Ania szuka innych miejsc do parkowania. Ćwiczymy to parkowanie. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej. Dużo wody jeszcze upłynie nim się tego nauczę
- Dziś poćwiczymy parkowanie - mówi Ania.
- A co się stanie jak walnę w zaparkowany obok samochód? - Ania mnie uspokaja. Mówi, że dam sobie radę.
Zaczęłyśmy od parkowania równoległego. Ania wytłumaczyła każdy ruch. Potem zaczęłam ćwiczyć.
- Wyszło mi, wyszło! Nie rozwaliłam nikomu auta i się zmieściłam - ale radość. Cieszę się jak dziecko.
- Powtórzmy to jeszcze raz- śmieje się instruktorka.
- Ok, podjeżdżam - mówię po kolei co mam robić- włączam prawy kierunkowskaz, następnie wrzucam wsteczny i cofam, aż się tyłem zrównam z samochodem, za którym mam zaparkować. Teraz kierownica do oporu w prawo i łapię kąt 45 stopni. (Z tym mam problem, geometria nigdy nie była moją mocną stroną). Jest, mam ten kąt. Teraz prostuję kierownicę i cofam, aż zobaczę w rogu przedniej szyby jego tylne, lewe światło. Ha, ha, światełka się spotkały. No to skręcam kierownicę do oporu w lewo i delikatnie wślizguję się za upatrzony samochód.
- Jest, udało mi się. To parkowanie podoba mi się chyba najbardziej.
Znowu jedziemy na miasto. Ania szuka innych miejsc do parkowania. Ćwiczymy to parkowanie. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej. Dużo wody jeszcze upłynie nim się tego nauczę
czwartek, 25 lutego 2010
Zrobiłam mały postęp!
-Może spróbujesz z kimś innym? - z rezygnacją po kolejnej lekcji spytał mój instruktor.
-To chyba nie jest zły pomysł- odparłam. Byłam naprawdę wdzięczna, że propozycja padła od niego. Jakoś głupio mi było poruszać ten temat, a wiedziałam, że dłużej nie mogę już jeździć z Krzyśkiem. Strasznie się go bałam. Nie chciałam też go urazić. W końcu to ja jestem jakaś niedorobiona motoryzacyjnie, co facet winien, że go nie rozumiem?
I tym sposobem trafiłam pod ciepłe skrzydła Ani, która jest żoną mojego pierwszego instruktora. Ha! Nieźle to zabrzmiało: żona mojego pierwszego instruktora. Ciekawe ilu ich jeszcze będzie? Ale ta zmiana była dobrym posunięciem.
Ania jest nauczycielką, tak jak ja. Nauczyciel zrozumie nauczyciela. Wiadomo, przygotowanie pedagogiczne i znajomość psychologii to podstawa sukcesu ucznia.
Pierwsza jazda z Anią natchnęła mnie nadzieją: - może jednak mi się uda? - Ania jest spokojna, opanowana, ma wręcz anielską cierpliwość. Zawiozła więc mnie Ania na plac manewrowy i spokojnie wytłumaczyła jak zrobić "łuk". Okazało się, że to wcale nie jest znowu takie skomplikowane. Po raz pierwszy skręcając kierownicą o 360 stopni nie miałam wrażenia, że jestem na karuzeli. Potrafiłam odnaleźć się w przestrzeni. Cudownie! Jest dla mnie nadzieja. Nie rozwaliłam żadnego pachołka, nie najechałam na linię i zatrzymywałam sie też jak należy. Z czasem doszłam do takiej wprawy, że Ania sobie chodziła po placu, a ja jeździłam do przodu i do tyłu, tam i z powrotem. Powiem, że nawet mi się to zaczęło podobać. Dużo bardziej jak jeżdżenie po ulicy, zdecydowanie bardziej. Tam jeszcze nie czuję się bezpiecznie i mam poczucie, że niewiele ode mnie zależy.
-To chyba nie jest zły pomysł- odparłam. Byłam naprawdę wdzięczna, że propozycja padła od niego. Jakoś głupio mi było poruszać ten temat, a wiedziałam, że dłużej nie mogę już jeździć z Krzyśkiem. Strasznie się go bałam. Nie chciałam też go urazić. W końcu to ja jestem jakaś niedorobiona motoryzacyjnie, co facet winien, że go nie rozumiem?
I tym sposobem trafiłam pod ciepłe skrzydła Ani, która jest żoną mojego pierwszego instruktora. Ha! Nieźle to zabrzmiało: żona mojego pierwszego instruktora. Ciekawe ilu ich jeszcze będzie? Ale ta zmiana była dobrym posunięciem.
Ania jest nauczycielką, tak jak ja. Nauczyciel zrozumie nauczyciela. Wiadomo, przygotowanie pedagogiczne i znajomość psychologii to podstawa sukcesu ucznia.
Pierwsza jazda z Anią natchnęła mnie nadzieją: - może jednak mi się uda? - Ania jest spokojna, opanowana, ma wręcz anielską cierpliwość. Zawiozła więc mnie Ania na plac manewrowy i spokojnie wytłumaczyła jak zrobić "łuk". Okazało się, że to wcale nie jest znowu takie skomplikowane. Po raz pierwszy skręcając kierownicą o 360 stopni nie miałam wrażenia, że jestem na karuzeli. Potrafiłam odnaleźć się w przestrzeni. Cudownie! Jest dla mnie nadzieja. Nie rozwaliłam żadnego pachołka, nie najechałam na linię i zatrzymywałam sie też jak należy. Z czasem doszłam do takiej wprawy, że Ania sobie chodziła po placu, a ja jeździłam do przodu i do tyłu, tam i z powrotem. Powiem, że nawet mi się to zaczęło podobać. Dużo bardziej jak jeżdżenie po ulicy, zdecydowanie bardziej. Tam jeszcze nie czuję się bezpiecznie i mam poczucie, że niewiele ode mnie zależy.
wtorek, 23 lutego 2010
Toczę się
-Nie tocz się tak, nie możesz się tak toczyć, dodaj trochę gazu! Znowu ci zgasło-
-Dorota, nie możesz tego robić!-
-Nie myl hamulca z gazem, nie wolno tak! - to były najczęściej słyszane przeze mnie wskazówki mojego instruktora. - Czy on myśli, że ja to robię specjalnie? - moje zdenerwowanie wzrasta z każdą następną uwagą. - ja się tego nigdy w życiu nie nauczę. Za dużo informacji na raz. Jak można jednocześnie zapanować nad znakami drogowymi, ludźmi chodzącymi bez sensu po ulicach? Po raz pierwszy zauważyłam, jacy ludzie na ulicy są niezdecydowani. Wchodzą na jezdnię w najmniej przewidywanej sytuacji, cofają się, albo decydują ruszyć wtedy, gdy ja ruszam. Koszmar. No i te wszystkie biegi. Nie umiem zapamiętać, na którym biegu obecnie jadę?
- Nie słyszysz silnika? wrzuć trójkę w końcu! - cedzi prawie przez zęby mój instruktor - ja mam słyszeć różnice w pracy silnika, ciekawe jak. Nie rozumiem co ten silnik ma wspólnego z tą przeklętą wajchą i nie pamiętam, że przy zmianie biegów muszę jeszcze pamiętać o sprzęgle. A co to właściwie jest to sprzęgło? Dlaczego nigdy nie interesowałam się samochodami?
A pod koniec każdej jazdy zwykle słyszałam:
- fatalnie, dziś było fatalnie-
- No tak, motywować to ty potrafisz jak nikt inny - kwitowałam ironicznie
Na każdą lekcję nosiłam w torebce cukierki melisowe, dla siebie i dla mojego instruktora. Piłam przed lekcją herbatkę z melisy, kupiłam też paczkę tej herbatki dla instruktora. Prawdę mówiąc było mi go żal. Takie beztalencie mu się trafiło. A z drugiej strony, może nauczy się bardziej panować nad sobą? Jego nerwy udzielają się mnie. To zaczyna być jak błędne koło.
W pracy zaczęli mi doradzać, żebym zmieniła instruktora. Może faktycznie? Bo inaczej się wykończę nerwowo, zablokuję i guzik wyjdzie z mojego jeżdżenia.
-Dorota, nie możesz tego robić!-
-Nie myl hamulca z gazem, nie wolno tak! - to były najczęściej słyszane przeze mnie wskazówki mojego instruktora. - Czy on myśli, że ja to robię specjalnie? - moje zdenerwowanie wzrasta z każdą następną uwagą. - ja się tego nigdy w życiu nie nauczę. Za dużo informacji na raz. Jak można jednocześnie zapanować nad znakami drogowymi, ludźmi chodzącymi bez sensu po ulicach? Po raz pierwszy zauważyłam, jacy ludzie na ulicy są niezdecydowani. Wchodzą na jezdnię w najmniej przewidywanej sytuacji, cofają się, albo decydują ruszyć wtedy, gdy ja ruszam. Koszmar. No i te wszystkie biegi. Nie umiem zapamiętać, na którym biegu obecnie jadę?
- Nie słyszysz silnika? wrzuć trójkę w końcu! - cedzi prawie przez zęby mój instruktor - ja mam słyszeć różnice w pracy silnika, ciekawe jak. Nie rozumiem co ten silnik ma wspólnego z tą przeklętą wajchą i nie pamiętam, że przy zmianie biegów muszę jeszcze pamiętać o sprzęgle. A co to właściwie jest to sprzęgło? Dlaczego nigdy nie interesowałam się samochodami?
A pod koniec każdej jazdy zwykle słyszałam:
- fatalnie, dziś było fatalnie-
- No tak, motywować to ty potrafisz jak nikt inny - kwitowałam ironicznie
Na każdą lekcję nosiłam w torebce cukierki melisowe, dla siebie i dla mojego instruktora. Piłam przed lekcją herbatkę z melisy, kupiłam też paczkę tej herbatki dla instruktora. Prawdę mówiąc było mi go żal. Takie beztalencie mu się trafiło. A z drugiej strony, może nauczy się bardziej panować nad sobą? Jego nerwy udzielają się mnie. To zaczyna być jak błędne koło.
W pracy zaczęli mi doradzać, żebym zmieniła instruktora. Może faktycznie? Bo inaczej się wykończę nerwowo, zablokuję i guzik wyjdzie z mojego jeżdżenia.
poniedziałek, 22 lutego 2010
PIerwsze kroki na kursie
Na początku była teoria. Całkiem łatwa, miła i przyjemna. Ponieważ moja obecność na kursie znacznie podnosiła średnią wieku, więc prowadzący uważali w trakcie wykładów, abym wszystko rozumiała i nie odstawała od pozostałych, młodszych znacznie uczestników kursu. Dałam radę, nawet egzamin wewnętrzny zdałam lepiej od innych.
Dopiero teraz miały zacząć się schody. Poprosiłam o przydzielenie mnie do instruktora o anielskiej cierpliwości i z dużym talentem pedagogicznym. Uprzedziłam, że nie będzie ze mną łatwo.
Teraz tylko należało czekać na telefon z sygnałem, że zaczynamy jazdy.
Instruktor odezwał się do mnie w połowie września i ustaliliśmy termin pierwszego spotkania.
-Niedobrze - pomyślałam sobie, bo instruktor okazał się być mężczyzną.
-Najgorzej jak zacznie na mnie krzyczeć - pomyślałam. Przeczuwałam, że z jego cierpliwością może nie być tak dobrze jakbym sobie tego życzyła. Wiadomo, mężczyzna. No ale trudno, postanowiłam dać sobie i jemu szansę.
Okazało się, że na pierwszej jeździe nie było tak najgorzej. Całkiem dobrze mi szło. Instruktor był mile zaskoczony, bo uprzedzono go, że jestem kursantką specjalnej troski. Nauczyłam się więc ruszać, rozpoznawać który pedał do czego służy, no i skręcać. Nawet wyjechałam z parkingu na miasto. Nie wiem jak to się stało, że nikogo nie zabiłam, bo nic nie widziałam. Ślepo i bezmyślnie wykonywałam polecenia. Instruktor pochwalił mnie na koniec. Niestety, potem było już coraz gorzej...
Dopiero teraz miały zacząć się schody. Poprosiłam o przydzielenie mnie do instruktora o anielskiej cierpliwości i z dużym talentem pedagogicznym. Uprzedziłam, że nie będzie ze mną łatwo.
Teraz tylko należało czekać na telefon z sygnałem, że zaczynamy jazdy.
Instruktor odezwał się do mnie w połowie września i ustaliliśmy termin pierwszego spotkania.
-Niedobrze - pomyślałam sobie, bo instruktor okazał się być mężczyzną.
-Najgorzej jak zacznie na mnie krzyczeć - pomyślałam. Przeczuwałam, że z jego cierpliwością może nie być tak dobrze jakbym sobie tego życzyła. Wiadomo, mężczyzna. No ale trudno, postanowiłam dać sobie i jemu szansę.
Okazało się, że na pierwszej jeździe nie było tak najgorzej. Całkiem dobrze mi szło. Instruktor był mile zaskoczony, bo uprzedzono go, że jestem kursantką specjalnej troski. Nauczyłam się więc ruszać, rozpoznawać który pedał do czego służy, no i skręcać. Nawet wyjechałam z parkingu na miasto. Nie wiem jak to się stało, że nikogo nie zabiłam, bo nic nie widziałam. Ślepo i bezmyślnie wykonywałam polecenia. Instruktor pochwalił mnie na koniec. Niestety, potem było już coraz gorzej...
niedziela, 21 lutego 2010
Walka z wiatrakami czyli jak zrobić prawo jazdy?
Człowiek całe życie uczy się czegoś nowego. Ja lubię się uczyć. Dopóki się uczę, to wiem, że jeszcze jestem w formie, mogę góry przenosić. Im jestem starsza, tym większą odczuwam potrzebę poznawania nowych rzeczy, zdobywania nowych umiejętności.
Tym razem postanowiłam zrobić prawo jazdy. Okazuje się, że to chyba najtrudniejsze przedsięwzięcie mojego życia. Po pierwsze: ledwie utrzymuję się na rowerze. Panicznie boję się ulicy (nie ufam żadnemu kierowcy, który na niej się znajduje), no i mam problem z odróżnianiem prawej strony od lewej.
Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale moje wyobrażenia przeszły wszelkie oczekiwania. Chyba przeceniłam swoje możliwości, bo wprawdzie opanowałam sztukę poruszania się po jezdni na czterech kołach, ale nie widać końca moich zmagań z tym zadaniem.
Zastanawiam się nawet czy zdanie egzaminu jest w moim przypadku realne? Jak innym kierowcom się to udało, gdy z moich obserwacji na placu egzaminacyjnym wynika, że większość oblewa? Skąd tylu kierowców na ulicy? Jakim cudem oni wszyscy zdali ten egzamin, skoro jeżdżą tak nieprzepisowo? Ale wszystko po kolei. Postanowiłam opisać ta przygodę mojego życia, walkę z emocjami i pokonywanie własnego strachu. Myślę, że jestem gdzieś w połowie drogi do sukcesu, bo w końcu kiedyś mi się uda. Nie mogę zawieść wszystkich sekundujących mi w tym zadaniu.
Tym razem postanowiłam zrobić prawo jazdy. Okazuje się, że to chyba najtrudniejsze przedsięwzięcie mojego życia. Po pierwsze: ledwie utrzymuję się na rowerze. Panicznie boję się ulicy (nie ufam żadnemu kierowcy, który na niej się znajduje), no i mam problem z odróżnianiem prawej strony od lewej.
Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale moje wyobrażenia przeszły wszelkie oczekiwania. Chyba przeceniłam swoje możliwości, bo wprawdzie opanowałam sztukę poruszania się po jezdni na czterech kołach, ale nie widać końca moich zmagań z tym zadaniem.
Zastanawiam się nawet czy zdanie egzaminu jest w moim przypadku realne? Jak innym kierowcom się to udało, gdy z moich obserwacji na placu egzaminacyjnym wynika, że większość oblewa? Skąd tylu kierowców na ulicy? Jakim cudem oni wszyscy zdali ten egzamin, skoro jeżdżą tak nieprzepisowo? Ale wszystko po kolei. Postanowiłam opisać ta przygodę mojego życia, walkę z emocjami i pokonywanie własnego strachu. Myślę, że jestem gdzieś w połowie drogi do sukcesu, bo w końcu kiedyś mi się uda. Nie mogę zawieść wszystkich sekundujących mi w tym zadaniu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
