czwartek, 25 lutego 2010

Zrobiłam mały postęp!

-Może spróbujesz z kimś innym? - z rezygnacją po kolejnej lekcji spytał mój instruktor.
-To chyba nie jest zły pomysł- odparłam. Byłam naprawdę wdzięczna, że propozycja padła od niego. Jakoś głupio mi było poruszać ten temat, a wiedziałam, że dłużej nie mogę już jeździć z Krzyśkiem. Strasznie się go bałam. Nie chciałam też go urazić. W końcu to ja jestem jakaś niedorobiona motoryzacyjnie, co facet winien, że go nie rozumiem?
I tym sposobem trafiłam pod ciepłe skrzydła Ani, która jest żoną mojego pierwszego instruktora. Ha! Nieźle to zabrzmiało: żona mojego pierwszego instruktora. Ciekawe ilu ich jeszcze będzie? Ale ta zmiana była dobrym posunięciem.
Ania jest nauczycielką, tak jak ja. Nauczyciel zrozumie nauczyciela. Wiadomo, przygotowanie pedagogiczne i znajomość psychologii to podstawa sukcesu ucznia.
Pierwsza jazda z Anią natchnęła mnie nadzieją: - może jednak mi się uda? - Ania jest spokojna, opanowana, ma wręcz anielską cierpliwość. Zawiozła więc mnie Ania na plac manewrowy i spokojnie wytłumaczyła jak zrobić "łuk". Okazało się, że to wcale nie jest znowu takie skomplikowane. Po raz pierwszy skręcając kierownicą o 360 stopni nie miałam wrażenia, że jestem na karuzeli. Potrafiłam odnaleźć się w przestrzeni. Cudownie! Jest dla mnie nadzieja. Nie rozwaliłam żadnego pachołka, nie najechałam na linię i zatrzymywałam sie też jak należy. Z czasem doszłam do takiej wprawy, że Ania sobie chodziła po placu, a ja jeździłam do przodu i do tyłu, tam i z powrotem. Powiem, że nawet mi się to zaczęło podobać. Dużo bardziej jak jeżdżenie po ulicy, zdecydowanie bardziej. Tam jeszcze nie czuję się bezpiecznie i mam poczucie, że niewiele ode mnie zależy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz