piątek, 26 lutego 2010

Parkowanie równolegle

Jest dobrze. Nie pijam już melisy przed każdą jazdą. Moja instruktorka potrafi sprawić, że zaczynam łączyć teorię z praktyką. Dużo tłumaczy, wyjaśnia. Jednocześnie jest mnóstwo tematów, na które możemy sobie zwyczajnie pogadać. Wiadomo, nauczyciel z nauczycielem zawsze znajdzie temat do rozmowy. Dzięki temu uczę się podzielności uwagi, koncentracji i mam nadzieję, że nabieram maciupeńkiej rutyny w obsługiwaniu samochodu. Opanowałam już plac manewrowy na tyle, że spokojnie wykonuję wszystkie manewry. Ania mówi, że spokojnie na egzaminie sobie poradzę. (Jak się później okaże, nigdy nic nie wiadomo ze mną). Teraz muszę się skupić na jeździe po mieście. Przeraża mnie parkowanie, redukowanie biegów, skręcanie w prawo.
- Dziś poćwiczymy parkowanie - mówi Ania.
- A co się stanie jak walnę w zaparkowany obok samochód? - Ania mnie uspokaja. Mówi, że dam sobie radę.
Zaczęłyśmy od parkowania równoległego. Ania wytłumaczyła każdy ruch. Potem zaczęłam ćwiczyć.
- Wyszło mi, wyszło! Nie rozwaliłam nikomu auta i się zmieściłam - ale radość. Cieszę się jak dziecko.
- Powtórzmy to jeszcze raz- śmieje się instruktorka.
- Ok, podjeżdżam - mówię po kolei co mam robić- włączam prawy kierunkowskaz, następnie wrzucam wsteczny i cofam, aż się tyłem zrównam z samochodem, za którym mam zaparkować. Teraz kierownica do oporu w prawo i łapię kąt 45 stopni. (Z tym mam problem, geometria nigdy nie była moją mocną stroną). Jest, mam ten kąt. Teraz prostuję kierownicę i cofam, aż zobaczę w rogu przedniej szyby jego tylne, lewe światło. Ha, ha, światełka się spotkały. No to skręcam kierownicę do oporu w lewo i delikatnie wślizguję się za upatrzony samochód.
- Jest, udało mi się. To parkowanie podoba mi się chyba najbardziej.
Znowu jedziemy na miasto. Ania szuka innych miejsc do parkowania. Ćwiczymy to parkowanie. Raz wychodzi mi lepiej, raz gorzej. Dużo wody jeszcze upłynie nim się tego nauczę

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz