poniedziałek, 22 lutego 2010

PIerwsze kroki na kursie

Na początku była teoria. Całkiem łatwa, miła i przyjemna. Ponieważ moja obecność na kursie znacznie podnosiła średnią wieku, więc prowadzący uważali w trakcie wykładów, abym wszystko rozumiała i nie odstawała od pozostałych, młodszych znacznie uczestników kursu. Dałam radę, nawet egzamin wewnętrzny zdałam lepiej od innych.
Dopiero teraz miały zacząć się schody. Poprosiłam o przydzielenie mnie do instruktora o anielskiej cierpliwości i z dużym talentem pedagogicznym. Uprzedziłam, że nie będzie ze mną łatwo.
Teraz tylko należało czekać na telefon z sygnałem, że zaczynamy jazdy.
Instruktor odezwał się do mnie w połowie września i ustaliliśmy termin pierwszego spotkania.
-Niedobrze - pomyślałam sobie, bo instruktor okazał się być mężczyzną.
-Najgorzej jak zacznie na mnie krzyczeć - pomyślałam. Przeczuwałam, że z jego cierpliwością może nie być tak dobrze jakbym sobie tego życzyła. Wiadomo, mężczyzna. No ale trudno, postanowiłam dać sobie i jemu szansę.

Okazało się, że na pierwszej jeździe nie było tak najgorzej. Całkiem dobrze mi szło. Instruktor był mile zaskoczony, bo uprzedzono go, że jestem kursantką specjalnej troski. Nauczyłam się więc ruszać, rozpoznawać który pedał do czego służy, no i skręcać. Nawet wyjechałam z parkingu na miasto. Nie wiem jak to się stało, że nikogo nie zabiłam, bo nic nie widziałam. Ślepo i bezmyślnie wykonywałam polecenia. Instruktor pochwalił mnie na koniec. Niestety, potem było już coraz gorzej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz