niedziela, 25 kwietnia 2010

prawie zdecydowana?

Chyba jestem prawie zdecydowana żeby zapisać się po raz czwarty na egzamin. Rozmawiałam dziś z panem Jurkiem o tym jak niepewnie się czuję w tym wszystkim. Tyle egzaminów w swoim życiu już zdawałam, i zawsze traktowałam to pozytywnie, prawie bez stresu. Egzaminy to jak gra, dobra zabawa, możliwość udowodnienia sobie, że sie coś potrafi.
Jeśli znam dobrze zasady, to jestem pewna jaką taktykę przyjąć aby osiągnąć sukces. Do tej pory kwestią niepokojącą mogła być ewentualnie ocena. Czy będzie najwyższa? Nigdy nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mogę czegoś nie zdać, że przede wszystkim mogę się czegoś nie nauczyć. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić takiej sytuacji. A tu jest akurat odwrotnie: nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji, że zdaję ten egzamin. i to jest chyba największa przeszkoda w drodze do mojego sukcesu motoryzacyjnego.
Zatem od dziś będę sobie regularnie wyobrażać jak zdaję ten egzamin i jak potem sama jeżdżę samochodem. Mam nadzieję, że wyobraźnia mi pomoże.
Dlatego mój nowy plan to: jutro jadę zapisać się po raz czwarty na egzamin. Poszukam terminu około 10 maja, bo 8 i 9 maja zaplanowałam ostatnie jazdy z panem Jurkiem. Czyli dwa tygodnie przerwy. Ale postaram się w tym czasie utrwalać teoretycznie wszystkie manewry, może pojeżdżę z Basią po placu i z mężem na parkingu.
Tymczasem dzisiaj miałam dwie udane godziny jeżdżenia po mieście. Parkowanie równolegle wychodziło mi jak pod centymetr! Totalna precyzja. I już prawie uwierzyłam, że to nie przypadek, a moje celowe działanie. Pan Jurek chwalił mnie. Ćwiczy mnie też do znudzenia w tym zawracaniu. Niestety, dalej nie lubię tego robić, i nawet jak mi wychodzi (a wychodzi mi już prawie za każdym razem), to mam wrażenie, że to przypadek. Zawracaliśmy dzisiaj chyba w każdym miejscu egzaminacyjnym, gdzie jest to możliwe do wykonania. Omówiliśmy wszystkie sytuacje, w których zawracać można i te, gdzie nie można. Jeżdżę już spokojnie, bez nerwów, musi mi się udać zdać ten egzamin! Muszę to zrobić! A potem nauczę się angielskiego.

niedziela, 18 kwietnia 2010

Jazdy z przemytu

Ostatnie 5 dni spędziłam z mężem w Puszczy Noteckiej. Potrzebny był nam odpoczynek. Oboje tęskniliśmy do lasu, ciszy, długich spacerów z psem. Tym razem cieszyłam się dodatkowo faktem, że pojeżdżę sobie po lesie samochodem. Będę się wprawiała i doskonaliła swoje umiejętności. Tak trochę chyba nielegalnie to będzie.
Domek, który wynajęliśmy położony był w samym środku lasu. Do wsi jakieś 2 kilometry. Każdego dnia samodzielnie wyjeżdżałam z posesji i jechałam do samej szosy. Dobrze mi się jeździ naszym autkiem. Choć jest dużo większe od renault clio, to jest wygodniejsze i łatwiej mi się je prowadzi. Mąż siedział obok mnie i nie musiał nawet specjalnie mnie pouczać.
- Mogę wyjechać na szosę? - spytałam już pierwszego dnia.
- Może jeszcze nie, jak będziemy wracać, to za wsią się zamienimy.
W drodze powrotnej oddał mi więc kierownicę.
- Strasznie wąska ta szosa - zauważyłam trochę nerwowo
- No właśnie widzę, po rowach zaraz będziesz jechała. Nie zjeżdżaj tak bardzo na prawą stronę, nic przecież nie jedzie.
- Dobrze, już poprawiam.
- No i wrzuć w końcu czwarty bieg.
Wrzuciłam ten czwarty bieg ale zaraz trzeba było skręcić na naszą leśną drogę i okazało się że mam problem.
- jak ja mam tę czwórkę zredukować?!
- no jak to jak? Normalnie - odpowiedział zdziwiony
A ja w panice pozapominałam wszystko. Zredukował za mnie. Ale potem okazało się, że połapałam te biegi i byłam bardzo z siebie dumna, że na czwórce umiem jeździć.
Ćwiczyłam więc każdego dnia. Raz nawet jechałam 70 km na godzinę. Dobrze, że tego sama nie zauważyłam.
Mąż mi za każdym razem kazał inaczej parkować. Raz tyłem, raz przodem, a ja umiałam. Ale stchórzyłam jak któregoś dnia powiedział, że mogę sama do sklepu po bułki pojechać. W nocy ciągle się budziłam:
- a jak nie będę umiała zawrócić? - myślałam sobie. Rano przyznałam się, że się boję. Myślałam że będzie się ze mnie śmiał, ale nie, wsiadł ze mną w samochód i mi towarzyszył po te bułki.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było wracać.
Za to dziś mogłam się pochwalić panu Jurkowi swoimi wyczynami. Całkiem dobrze mi się jeździło. Głównie ćwiczyłam znowu zawracanie i parkowanie. Pan Jurek chwali, ale ja ciągle mam wrażenie, że to bardziej przypadek sprawia, że mi wychodzi. Boję się, że na egzaminie wszystko szlag trafi bo ciągle mi brak pewności siebie. A poza tym jak jestem sama w samochodzie to całkiem tracę pewność siebie. Najlepiej było to widać dzisiaj na placu manewrowym. Na sam koniec pojechaliśmy na plac:
- Poćwicz sobie teraz łuk - powiedział pan Jurek i zaczął z kimś rozmawiać. A ja zaczęłam cofać. I nagle znalazłam się na pachołku. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zaczęłam machać rękami sygnalizując że mam problem. Ale pan Jurek tylko patrzył i kręcił głową. Wiedziałam, że muszę sobie sama poradzić. No ale co by tu nie powiedzieć dałam na koniec lekcji plamę.

niedziela, 11 kwietnia 2010

I co trąbisz?

Minęły dwa tygodnie od ostatniej mojej lekcji z panem Jurkiem. W międzyczasie były święta. A w ramach świątecznego spaceru pojechałam z mężem na ogromny parking poćwiczyć parkowanie, skręcanie i zawracanie. Nawet mi dobrze szło. Mąż ustawiał się jako pachołek, a ja go omijałam raz z lewej, raz z prawej i parkowałam.
- Uważaj na stopy! - darłam się za każdym razem, bo bałam się, że mu po palcach przejadę. Najbardziej opanowany był mój pies, który cały czas siedział dumny i niewzruszony w bagażniku naszego kombiaka. Nie bał się nic a nic. On bardzo lubi jeździć samochodem. W zasadzie to mój pierwszy prawdziwy pasażer.
Prawdziwa jazda była dopiero wczoraj i dzisiaj. I muszę powiedzieć, że było całkiem całkiem. Opanowałam już to sprzęgło. Silnik raczej nie wył. Płynnie puszczałam pedał i dodawałam gazu. Tylko boli mnie lewe kolano po dwóch godzinach jeżdżenia. Widać ta noga jeszcze zbyt sztywna jest. Najważniejsze jednak to to, że idąc na jazdę nie boję się, nie mam tremy a wręcz przeciwnie. Cieszy mnie perspektywa dwóch godzin jeżdżenia. Podoba mi się to, że mój instruktor uważnie słucha jak mu opowiadam z czym mam problemy i potem ćwiczy ze mną aż do znudzenia te manewry. Wczoraj na przykład, do znudzenia trenowałam zawracanie. Aż w końcu zrozumiałam dlaczego raz skręcam przy lewym krawężniku a innym razem "na kolanko". Nie trzeba mi też przypominać o redukcji biegów. Robię to sama i szybko, i nie boję się, że nie zdążę. No i te zakręty w prawo.
- czy mi się wydaje, czy ja już umiem skręcać w prawo bez pakowania się na przeciwny pas? - spytałam dziś mojego instruktora
- oczywiście, że umiesz to świetnie - śmieje się pan Jurek
Nie wiem tylko dlaczego ciągnie mnie w każdą dziurę na jezdni i w każdą kałużę. Im bardziej się skupiam by je omijać, tym z większą finezją w nie wjeżdżam.
- Coś mnie jak magnez wciąga do tych dziur! - biadolę i głupio mi, że maltretuję to biedne auto.
- Oj, oj, znowu dziura, wezmę ją w środek, staram się! - przygryzam język w największym skupieniu i... - jest! jest! dziura jest w środku - wykrzykuję chyba trochę zbyt emocjonalnie, a instruktor się śmieje.
To jeżdżenie zaczyna być bardzo fajną zabawą. Czuję się jak dziecko, które opanowuje nową zabawkę. To w końcu zaczyna być przyjemne.
Dzisiejsza jazda to już była prawie jak egzamin. Pan Jurek wydawał w zasadzie tylko polecenia, a ja je wykonywałam sama. W zasadzie nie robiłam żadnych błędów.
- No, zaczynam się nudzić, świetnie ci dzisiaj idzie, nie mam nic do roboty - pochwalił mnie instruktor.
Pan Jurek ma niesamowitą cierpliwość do swoich uczniów. W zasadzie zauważyłam, że tak naprawdę to denerwują go tylko inni kierowcy, którzy zachowują się niekulturalnie na drodze, albo bezczelnie. Dziś w pewnym momencie, na skrzyżowaniu nie udało mi się na czas ruszyć i ktoś za mną zaczął strasznie na mnie trąbić. Zdenerwowałam się trochę, a pan Jurek zaciągnął ręczny i wysiadł powoli z samochodu
- jakiś problem panie kierowco? Zapomniał wół jak cielęciem był?- spytał
Starałam się nie słyszeć dalszej wymiany zdań, bo bym się znowu zestresowała.
- Nie przejmuj się - powiedział instruktor wsiadając do samochodu. - to niestety dosyć typowe dla naszych kierowców.
Postaliśmy sobie jeszcze następny cykl świetlny i dopiero ruszyłam.
Dzisiaj jeszcze kilkakrotnie spotkałam się na ulicy z przejawami złośliwości, braku zrozumienia i zwykłego chamstwa. I nawet się tym za bardzo nie przejmuję, aż dziwne.