Ostatnie 5 dni spędziłam z mężem w Puszczy Noteckiej. Potrzebny był nam odpoczynek. Oboje tęskniliśmy do lasu, ciszy, długich spacerów z psem. Tym razem cieszyłam się dodatkowo faktem, że pojeżdżę sobie po lesie samochodem. Będę się wprawiała i doskonaliła swoje umiejętności. Tak trochę chyba nielegalnie to będzie.
Domek, który wynajęliśmy położony był w samym środku lasu. Do wsi jakieś 2 kilometry. Każdego dnia samodzielnie wyjeżdżałam z posesji i jechałam do samej szosy. Dobrze mi się jeździ naszym autkiem. Choć jest dużo większe od renault clio, to jest wygodniejsze i łatwiej mi się je prowadzi. Mąż siedział obok mnie i nie musiał nawet specjalnie mnie pouczać.
- Mogę wyjechać na szosę? - spytałam już pierwszego dnia.
- Może jeszcze nie, jak będziemy wracać, to za wsią się zamienimy.
W drodze powrotnej oddał mi więc kierownicę.
- Strasznie wąska ta szosa - zauważyłam trochę nerwowo
- No właśnie widzę, po rowach zaraz będziesz jechała. Nie zjeżdżaj tak bardzo na prawą stronę, nic przecież nie jedzie.
- Dobrze, już poprawiam.
- No i wrzuć w końcu czwarty bieg.
Wrzuciłam ten czwarty bieg ale zaraz trzeba było skręcić na naszą leśną drogę i okazało się że mam problem.
- jak ja mam tę czwórkę zredukować?!
- no jak to jak? Normalnie - odpowiedział zdziwiony
A ja w panice pozapominałam wszystko. Zredukował za mnie. Ale potem okazało się, że połapałam te biegi i byłam bardzo z siebie dumna, że na czwórce umiem jeździć.
Ćwiczyłam więc każdego dnia. Raz nawet jechałam 70 km na godzinę. Dobrze, że tego sama nie zauważyłam.
Mąż mi za każdym razem kazał inaczej parkować. Raz tyłem, raz przodem, a ja umiałam. Ale stchórzyłam jak któregoś dnia powiedział, że mogę sama do sklepu po bułki pojechać. W nocy ciągle się budziłam:
- a jak nie będę umiała zawrócić? - myślałam sobie. Rano przyznałam się, że się boję. Myślałam że będzie się ze mnie śmiał, ale nie, wsiadł ze mną w samochód i mi towarzyszył po te bułki.
Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy. Trzeba było wracać.
Za to dziś mogłam się pochwalić panu Jurkowi swoimi wyczynami. Całkiem dobrze mi się jeździło. Głównie ćwiczyłam znowu zawracanie i parkowanie. Pan Jurek chwali, ale ja ciągle mam wrażenie, że to bardziej przypadek sprawia, że mi wychodzi. Boję się, że na egzaminie wszystko szlag trafi bo ciągle mi brak pewności siebie. A poza tym jak jestem sama w samochodzie to całkiem tracę pewność siebie. Najlepiej było to widać dzisiaj na placu manewrowym. Na sam koniec pojechaliśmy na plac:
- Poćwicz sobie teraz łuk - powiedział pan Jurek i zaczął z kimś rozmawiać. A ja zaczęłam cofać. I nagle znalazłam się na pachołku. Nie wiedziałam co mam zrobić. Zaczęłam machać rękami sygnalizując że mam problem. Ale pan Jurek tylko patrzył i kręcił głową. Wiedziałam, że muszę sobie sama poradzić. No ale co by tu nie powiedzieć dałam na koniec lekcji plamę.
niedziela, 18 kwietnia 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz