niedziela, 11 kwietnia 2010

I co trąbisz?

Minęły dwa tygodnie od ostatniej mojej lekcji z panem Jurkiem. W międzyczasie były święta. A w ramach świątecznego spaceru pojechałam z mężem na ogromny parking poćwiczyć parkowanie, skręcanie i zawracanie. Nawet mi dobrze szło. Mąż ustawiał się jako pachołek, a ja go omijałam raz z lewej, raz z prawej i parkowałam.
- Uważaj na stopy! - darłam się za każdym razem, bo bałam się, że mu po palcach przejadę. Najbardziej opanowany był mój pies, który cały czas siedział dumny i niewzruszony w bagażniku naszego kombiaka. Nie bał się nic a nic. On bardzo lubi jeździć samochodem. W zasadzie to mój pierwszy prawdziwy pasażer.
Prawdziwa jazda była dopiero wczoraj i dzisiaj. I muszę powiedzieć, że było całkiem całkiem. Opanowałam już to sprzęgło. Silnik raczej nie wył. Płynnie puszczałam pedał i dodawałam gazu. Tylko boli mnie lewe kolano po dwóch godzinach jeżdżenia. Widać ta noga jeszcze zbyt sztywna jest. Najważniejsze jednak to to, że idąc na jazdę nie boję się, nie mam tremy a wręcz przeciwnie. Cieszy mnie perspektywa dwóch godzin jeżdżenia. Podoba mi się to, że mój instruktor uważnie słucha jak mu opowiadam z czym mam problemy i potem ćwiczy ze mną aż do znudzenia te manewry. Wczoraj na przykład, do znudzenia trenowałam zawracanie. Aż w końcu zrozumiałam dlaczego raz skręcam przy lewym krawężniku a innym razem "na kolanko". Nie trzeba mi też przypominać o redukcji biegów. Robię to sama i szybko, i nie boję się, że nie zdążę. No i te zakręty w prawo.
- czy mi się wydaje, czy ja już umiem skręcać w prawo bez pakowania się na przeciwny pas? - spytałam dziś mojego instruktora
- oczywiście, że umiesz to świetnie - śmieje się pan Jurek
Nie wiem tylko dlaczego ciągnie mnie w każdą dziurę na jezdni i w każdą kałużę. Im bardziej się skupiam by je omijać, tym z większą finezją w nie wjeżdżam.
- Coś mnie jak magnez wciąga do tych dziur! - biadolę i głupio mi, że maltretuję to biedne auto.
- Oj, oj, znowu dziura, wezmę ją w środek, staram się! - przygryzam język w największym skupieniu i... - jest! jest! dziura jest w środku - wykrzykuję chyba trochę zbyt emocjonalnie, a instruktor się śmieje.
To jeżdżenie zaczyna być bardzo fajną zabawą. Czuję się jak dziecko, które opanowuje nową zabawkę. To w końcu zaczyna być przyjemne.
Dzisiejsza jazda to już była prawie jak egzamin. Pan Jurek wydawał w zasadzie tylko polecenia, a ja je wykonywałam sama. W zasadzie nie robiłam żadnych błędów.
- No, zaczynam się nudzić, świetnie ci dzisiaj idzie, nie mam nic do roboty - pochwalił mnie instruktor.
Pan Jurek ma niesamowitą cierpliwość do swoich uczniów. W zasadzie zauważyłam, że tak naprawdę to denerwują go tylko inni kierowcy, którzy zachowują się niekulturalnie na drodze, albo bezczelnie. Dziś w pewnym momencie, na skrzyżowaniu nie udało mi się na czas ruszyć i ktoś za mną zaczął strasznie na mnie trąbić. Zdenerwowałam się trochę, a pan Jurek zaciągnął ręczny i wysiadł powoli z samochodu
- jakiś problem panie kierowco? Zapomniał wół jak cielęciem był?- spytał
Starałam się nie słyszeć dalszej wymiany zdań, bo bym się znowu zestresowała.
- Nie przejmuj się - powiedział instruktor wsiadając do samochodu. - to niestety dosyć typowe dla naszych kierowców.
Postaliśmy sobie jeszcze następny cykl świetlny i dopiero ruszyłam.
Dzisiaj jeszcze kilkakrotnie spotkałam się na ulicy z przejawami złośliwości, braku zrozumienia i zwykłego chamstwa. I nawet się tym za bardzo nie przejmuję, aż dziwne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz