czwartek, 27 maja 2010
wtorek, 18 maja 2010
Jak zbity pies
Co jest ze mną nie tak? Mam wrażenie, że zamiast się rozwijać, to ja cofam się w rozwoju. Sześć zawalonych egzaminów. Normalny człowiek powiedziałby sobie, że dosyć, że widać nie mam do tego predyspozycji. I czas się wycofać. A ja nie umiem. Dręczę się, czuję, że jestem potwornie zmęczona tą całą sytuacją. Nie śpię po nocach, ciągle analizuję co jest ze mną nie tak. Dziś po raz pierwszy płakałam kiedy wychodziłam z WORDU. Za tydzień minie pół roku od egzaminu teoretycznego i będę musiała go powtórzyć. Dopiero w niedzielę dostanę zaświadczenie, że wykupiłam obowiązkowe jazdy doszkalające. Boże, ja już mam tyle godzin wyjechanych, że mogłabym na samolotach latać! I co? Nie umiałam dziś włączyć światła przeciwmgłowego. Jak ostatnia kretynka. Siedziałam w samochodzie i prawie ryczałam z bezsilności. To jest okropne. Do głowy mi nie przyszło, że najpierw muszę włączyć światła mijania. Przecież gdybym w normalnych warunkach musiała włączyć te cholerne światło, to bym to zrobiła bez żadnego problemu, bo wiem, gdzie ono jest i jak się je włącza. Światła mijania przecież byłyby już włączone. Głupota czy zaćmienie umysłowe? Sama nie wiem, ale coraz częściej odpowiadam sobie, że to po prostu moja głupota. Tak, że dziś oblałam już po 5 minutach, bo tyle miałam czasu na wykonanie pierwszego zadania, czyli omówienia wylosowanego rodzaju światła i płynu. Oblałam nie włączając nawet silnika. Tylko co to ma wspólnego z jeżdżeniem? Moja głupota to jedno, a procedura egzaminacyjna to druga głupota.
- Ma pani prawo do kontynuowania egzaminu, ale wynik i tak jest negatywny. Czy chce pani kontynuować? - spytał beznamiętnie egzaminator
- Tak, chcę dalej kontynuować- sama nie wierzyłam, że to mówię. - Po jaką cholerę chcę się dalej umartwiać? Powinnam trzasnąć drzwiami i powiedzieć, że ja już pasuję - ale nie, ja dalej chce się dręczyć, choć jestem zła, załamana, zaryczana i bez żadnej motywacji. Zrobiłam więc łuk, potem zaliczyłam górkę, a potem wyjechałam na miasto.
- A co, zapłaciłam za ten egzamin. To przynajmniej wykorzystam czas, za który zapłaciłam. -
Ten egzaminator był młodym człowiekiem, beznamiętnie wydawał mi polecenia, nie komentował, nie wyrażał żadnych uczuć. Więc ja też starałam się beznamiętnie stosować do jego poleceń. Silnik mi dziś nie gasł, to chyba jedyna dobra strona dzisiejszego egzaminu. Trudno było mi jednak skoncentrować się. Cały czas o tych światłach myślałam. Jechaliśmy znaną mi trasą. Tą samą, która jechałam pierwszy raz. No i chyba dlatego na jednym skrzyżowaniu znowu nie posłuchałam polecenia.
- Na skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo - powiedział egzaminator. Przeanalizowałam sytuację zwracając uwagę na to, która droga jest główna, przepuściłam samochody nadjeżdżające z prawej, a potem włączyłam lewy kierunkowskaz i skręciłam w lewo pakując się na główną i wymuszając pierwszeństwo. Dobrze chociaż, że właściwy kierunkowskaz włączam.Egzaminator dał po hamulcach, spokojnie powiedział gdzie mam podjechać i zamienił się ze mną miejscami. Żadnych uwag, żadnych komentarzy. Mnie już i tak było wszystko jedno. Wolę jednak jak egzaminator ma bardziej ludzkie odruchy, niechby nawet trochę krzyknął. A ten był jak jakiś GPS. Zabrałam swoją kartę egzaminacyjna i rycząc krokodylowymi łzami poszłam na parking. Mąż nawet nie pytał co się stało.
- Ma pani prawo do kontynuowania egzaminu, ale wynik i tak jest negatywny. Czy chce pani kontynuować? - spytał beznamiętnie egzaminator
- Tak, chcę dalej kontynuować- sama nie wierzyłam, że to mówię. - Po jaką cholerę chcę się dalej umartwiać? Powinnam trzasnąć drzwiami i powiedzieć, że ja już pasuję - ale nie, ja dalej chce się dręczyć, choć jestem zła, załamana, zaryczana i bez żadnej motywacji. Zrobiłam więc łuk, potem zaliczyłam górkę, a potem wyjechałam na miasto.
- A co, zapłaciłam za ten egzamin. To przynajmniej wykorzystam czas, za który zapłaciłam. -
Ten egzaminator był młodym człowiekiem, beznamiętnie wydawał mi polecenia, nie komentował, nie wyrażał żadnych uczuć. Więc ja też starałam się beznamiętnie stosować do jego poleceń. Silnik mi dziś nie gasł, to chyba jedyna dobra strona dzisiejszego egzaminu. Trudno było mi jednak skoncentrować się. Cały czas o tych światłach myślałam. Jechaliśmy znaną mi trasą. Tą samą, która jechałam pierwszy raz. No i chyba dlatego na jednym skrzyżowaniu znowu nie posłuchałam polecenia.
- Na skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo - powiedział egzaminator. Przeanalizowałam sytuację zwracając uwagę na to, która droga jest główna, przepuściłam samochody nadjeżdżające z prawej, a potem włączyłam lewy kierunkowskaz i skręciłam w lewo pakując się na główną i wymuszając pierwszeństwo. Dobrze chociaż, że właściwy kierunkowskaz włączam.Egzaminator dał po hamulcach, spokojnie powiedział gdzie mam podjechać i zamienił się ze mną miejscami. Żadnych uwag, żadnych komentarzy. Mnie już i tak było wszystko jedno. Wolę jednak jak egzaminator ma bardziej ludzkie odruchy, niechby nawet trochę krzyknął. A ten był jak jakiś GPS. Zabrałam swoją kartę egzaminacyjna i rycząc krokodylowymi łzami poszłam na parking. Mąż nawet nie pytał co się stało.
czwartek, 13 maja 2010
"Lewoskręt"
Nawet mi się nie chce opisywać dzisiejszego egzaminu. Mąż nadał mi ksywkę "Lewoskręt". Jak łatwo się domyślić znowu oblałam. I to jak! Po zaliczeniu wszystkich zadań, 40 minutach jazdy po mieście, kiedy w zasadzie już wracaliśmy do WORDU, egzaminator kazał mi skręcić w lewo. I co ja zrobiłam? Zaczęłam zawracać, i to w nieprawidłowy sposób, pod prąd, zajeżdżając drogę kierowcy jadącemu na wprost z lewej.Czepiłam sie lewego krawężnika jak tonący brzytwy. Inni kierowcy zgłupieli na mój widok, egzaminator zawołał"
- Co pani robi?!
No i wpadłam w panikę, zamiast już dokończyć ten głupi manewr zawracania, to ja usiłowałam dokonać skrętu w lewo, ale to już było niemożliwe.
- Proszę zjechać na pobocze - powiedział egzaminator jak już się zorientował, że nie wyjdę z tej opresji obronną ręką.
- No i co pani najlepszego zrobiła? I to już na sam koniec. Mieliśmy już wracać do WORDU. Wynik byłby pozytywny.
- Co ze mną jest nie tak?- pomyślałam. Ostatnim razem na polecenie skręcenia w lewo uparłam się jechać na siłę na wprost, a dziś na polecenie skrętu w lewo zawzięłam się, żeby zawrócić.
Przecież nie denerwowałam się za bardzo. Mam wrażenie, że ja jeżdżę "na pamięć". Wyjeździłam już tyle godzin po rejonie egzaminacyjnym, że niektóre trasy znam na pamięć. W miejscu dzisiejszej klęski zawsze ćwiczyłam zawracanie. Ta ulica po prostu kojarzy mi się z zawracaniem. Natomiast poprzednie skrzyżowanie to miejsce gdzie zawsze skręcałam w prawo lub jechałam na wprost. Mój mąż natomiast stwierdził, że ja mam wrodzony brak umiejętności podporządkowywania się poleceniom.
- Bo ty zawsze chcesz rządzić. Zrozum, że czasem masz po prostu słuchać i robić co ci inni każą.
Nie wiem, może coś w tym jest. Zadzwoniłam do pana Jurka z przeprosinami, że zaniżam mu statystykę.
- Nie martw się, popatrz na to z innej strony. Potrafiłaś wykonać samodzielnie wszystkie zadania. Prawie zdałaś - odpowiedział po wysłuchaniu mojej relacji z egzaminu.
Umówiłam się więc z nim na jeszcze jedną jazdę i zapisałam na następny egzamin.
A egzaminator powiedział, że pierwszy raz trafiła mu się osoba, która cieszy się z niezdanego egzaminu. Bo powiedziałam mu, że to nic, że nie zdałam. Skoro robię jeszcze takie głupoty, to znaczy, że nie powinnam jeździć po ulicach. Stanowię zbyt duże zagrożenie dla siebie i innych. A ja chcę być bezpiecznym kierowcą. Muszę jeszcze ćwiczyć.
A tak na marginesie, to dziś od świtu znowu lał deszcz. Typowe.
- Co pani robi?!
No i wpadłam w panikę, zamiast już dokończyć ten głupi manewr zawracania, to ja usiłowałam dokonać skrętu w lewo, ale to już było niemożliwe.
- Proszę zjechać na pobocze - powiedział egzaminator jak już się zorientował, że nie wyjdę z tej opresji obronną ręką.
- No i co pani najlepszego zrobiła? I to już na sam koniec. Mieliśmy już wracać do WORDU. Wynik byłby pozytywny.
- Co ze mną jest nie tak?- pomyślałam. Ostatnim razem na polecenie skręcenia w lewo uparłam się jechać na siłę na wprost, a dziś na polecenie skrętu w lewo zawzięłam się, żeby zawrócić.
Przecież nie denerwowałam się za bardzo. Mam wrażenie, że ja jeżdżę "na pamięć". Wyjeździłam już tyle godzin po rejonie egzaminacyjnym, że niektóre trasy znam na pamięć. W miejscu dzisiejszej klęski zawsze ćwiczyłam zawracanie. Ta ulica po prostu kojarzy mi się z zawracaniem. Natomiast poprzednie skrzyżowanie to miejsce gdzie zawsze skręcałam w prawo lub jechałam na wprost. Mój mąż natomiast stwierdził, że ja mam wrodzony brak umiejętności podporządkowywania się poleceniom.
- Bo ty zawsze chcesz rządzić. Zrozum, że czasem masz po prostu słuchać i robić co ci inni każą.
Nie wiem, może coś w tym jest. Zadzwoniłam do pana Jurka z przeprosinami, że zaniżam mu statystykę.
- Nie martw się, popatrz na to z innej strony. Potrafiłaś wykonać samodzielnie wszystkie zadania. Prawie zdałaś - odpowiedział po wysłuchaniu mojej relacji z egzaminu.
Umówiłam się więc z nim na jeszcze jedną jazdę i zapisałam na następny egzamin.
A egzaminator powiedział, że pierwszy raz trafiła mu się osoba, która cieszy się z niezdanego egzaminu. Bo powiedziałam mu, że to nic, że nie zdałam. Skoro robię jeszcze takie głupoty, to znaczy, że nie powinnam jeździć po ulicach. Stanowię zbyt duże zagrożenie dla siebie i innych. A ja chcę być bezpiecznym kierowcą. Muszę jeszcze ćwiczyć.
A tak na marginesie, to dziś od świtu znowu lał deszcz. Typowe.
poniedziałek, 10 maja 2010
Porażka czy sukces?
Źle spałam, jak zwykle przed egzaminem. Całą siłą woli opanowywałam emocje, żeby nie spanikować. Wieczorem poprosiłam córkę, żeby sprawdziła jaka będzie pogoda jutrzejszego dnia.
- Mamo, nie ma takiej potrzeby. Masz egzamin więc to jasne, jutro od rana będzie lało- stwierdziła Malwina
No i wykrakała. O siódmej rano obudził mnie potężny deszcz. Wstałam i od razu wpadłam w panikę: - przecież ja nie umiem włączać wycieraczek! - koszmar jakiś, znowu mam oblać i to z takiej głupoty? Na szczęście idę rano do pracy, a tam będzie Basia i jej Clio. Poproszę żeby mi pokazała jak się włącza te wycieraczki.
Wpadłam do sekretariatu.
- Gdzie Basia? -
- Na lekcji, a co się stało? - spytała zdenerwowana Dorotka
- Nic, jeszcze nic. Musi mi pokazać jak się włącza wycieraczki.
Wszyscy w sekretariacie ze współczuciem spojrzeli na mnie.
- Oj, niech już pani w końcu zda ten egzamin, bo my już nerwowo nie wytrzymujemy.-
Basia na przerwie poszła ze mną na parking. Pokazała jak działają przełączniki od wycieraczek. Przećwiczyłam jeszcze światła, sprawdziłam, które można włączać bez uruchamiania stacyjki, czyli bez zapłonu. No, trochę się uspokoiłam.
Egzamin mam na 13.00. Z pracy wyszłam o 11.30. Ciągle padał deszcz. Do WORDU zajechałam parę minut po 12.00. Stanęłam sobie przy wyjeździe i obserwowałam wyjeżdżające na egzamin samochody. Potem poszłam do poczekalni. Siedziały tam dwie młode dziewczyny. Jedna z obrazkami ilustrującymi przełączniki świateł denerwowała się, że nie umie tego zapamiętać.
- Niech się pani nie denerwuje, - próbowałam ją uspokoić - na placu sobie pani wszystko przypomni, to akurat nie jest trudne - Boże! Jaka ja jestem tu mądra, a sama dygocę ze strachu
- Tak, tak, ja już ósmy raz zdaję - dodała druga
- Egzaminatorzy mnie już znają, nawet mi się kłaniają - dodała ze śmiechem, po czym pokazując palcem na plac manewrowy dodała:
- O, widzi pani tego egzaminatora w marynarce? Bardzo sympatyczny. Na pierwszy rzut oka trochę szorstki, ale dobry człowiek i miły-
Pomyślałam, że dobrze byłoby trafić na niego. Miło porozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas.
Kiedy wywołali nas o 13.00 do barierki przestało padać i wyszło słońce.
- To dobry znak - powiedziałam do moich nowych znajomych. I naprawdę poczułam, że to jakiś znak. Wyczytano moje nazwisko dosyć szybko. Podeszłam do miejsca oczekiwania na egzaminatora i tylko modliłam się, żeby mnie nie wylosowała egzaminatorka o bląd włosach. Nie wyglądała sympatycznie i nic dobrego o niej nie słyszałam. I w tym momencie podszedł do mnie ten egzaminator w marynarce. Wymienił moje nazwisko.
- To ja - odpowiedziałam uśmiechając się najmilej jak potrafię.
- Proszę za mną.
Podeszliśmy do samochodu. Tymczasem inny egzaminator patrząc na mnie spytał:
- Boi się pani?
- Staram się nie bać - odparłam ze śmiechem
- Niech się pani nie obawia, to najmilszy egzaminator, nie licząc mnie - dodał wesoło
Chciałam mu odpowiedzieć, że może kiedyś będę miała okazję się o tym przekonać, ale nie chciałam zapeszać. Wsiadłam więc do samochodu, dopełniłam formalności, a kiedy egzaminator przedstawił się to znowu się ucieszyłam. To ten sam, u którego w zeszłym tygodniu zdawała moja znajoma. Zdała u niego, a to był jej ósmy egzamin. A ona nie mogła się nachwalić tego egzaminatora. Poczułam, że mogę dzisiaj zdać.
Wylosowałam kierunkowskazy i płyn hamulcowy. Poradziłam sobie bez problemu. A potem zrobiłam łuk! Dobrze go zrobiłam.Elegancko wjechałam przodem, wręcz idealnie, więc cofanie poszło gładko. Najgorzej było z końcówką, bo prawa noga latała mi jak szalona i już myślałam, że nad nią nie dam rady zapanować, ale udało mi się. Potem zaliczyłam górkę, musiałam ją powtórzyć bo mi silnik zgasł. A potem usłyszałam:
- Proszę przygotować się do wyjazdu. Włączyłam więc światła mijania i ruszyłam przed siebie. Czułam, że jestem na twarzy czerwona jak burak, policzki paliły żywym ogniem. Bardzo się bałam, że mi zgaśnie silnik, ale złapałam o co w tym chodzi i nie gasł. Po prostu w "benzynowcu" trzeba najpierw lekko wdusić pedał gazu i dopiero puszczać sprzęgło. Jechałam w pełnym skupieniu wykonując po kolei polecenia egzaminatora. Pamiętałam o zmianie biegów, pilnowałam szybkościomierza. Płynnie zmieniałam i redukowałam biegi. Niestety zauważyłam, że zbliżamy się do wiaduktu, którego bardzo nie lubię. Krzyżują się tam drogi, tory tramwajowe i są korki. Cud się jednak stał i sobie poradziłam. Potem skręciliśmy w rejon spokojniejszy, ale trzeba było bardzo uważać na znaki. Dużo skrzyżowań nietypowych. No i na jednym z nich wykonałam manewr zawracania. Wyszedł mi. I chyba za bardzo się ucieszyłam, chyba odprężyłam się zanadto, bo zaraz wjechaliśmy na drogę trzy - pasmową ze światłami.
- Na najbliższym skrzyżowaniu będziemy skręcać w lewo - wydał polecenie egzaminator. I tu zrobiłam głupotę. Niepotrzebnie zjechałam z prawego pasa na lewy przygotowując się do skręcania w lewo. Z obu tych pasów mogłam skręcać. I zamiast już dokończyć skręt na lewym pasie, to ja nagle wjechałam bez ostrzeżenia na prawy zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Wiele nie brakowało a skasowałabym autko. Moja wina, okropny błąd, wiem o tym. Ale egzaminator był bardzo w porządku. Omówił ze mną całą jazdę. Powiedział co mu się podobało, a nad czym powinnam jeszcze popracować. Nie stresował mnie, nie denerwował. Był rzeczowy i konkretny.
Podsumowując więc, dochodzę do wniosku, że nie mogę traktować dzisiejszego egzaminu jak porażki. To zdecydowanie jest mój duży sukces. Dziś uwierzyłam naprawdę, że mogę zdać. Po raz pierwszy właściwie poznałam jak wygląda egzamin w ruchu drogowym. Uporałam się z tym nieszczęsnym łukiem i wiem, że następnym razem też go zaliczę bo już wiem jak to zrobić. Jeździłam po mieście całe 20 minut.
- Mamo, nie ma takiej potrzeby. Masz egzamin więc to jasne, jutro od rana będzie lało- stwierdziła Malwina
No i wykrakała. O siódmej rano obudził mnie potężny deszcz. Wstałam i od razu wpadłam w panikę: - przecież ja nie umiem włączać wycieraczek! - koszmar jakiś, znowu mam oblać i to z takiej głupoty? Na szczęście idę rano do pracy, a tam będzie Basia i jej Clio. Poproszę żeby mi pokazała jak się włącza te wycieraczki.
Wpadłam do sekretariatu.
- Gdzie Basia? -
- Na lekcji, a co się stało? - spytała zdenerwowana Dorotka
- Nic, jeszcze nic. Musi mi pokazać jak się włącza wycieraczki.
Wszyscy w sekretariacie ze współczuciem spojrzeli na mnie.
- Oj, niech już pani w końcu zda ten egzamin, bo my już nerwowo nie wytrzymujemy.-
Basia na przerwie poszła ze mną na parking. Pokazała jak działają przełączniki od wycieraczek. Przećwiczyłam jeszcze światła, sprawdziłam, które można włączać bez uruchamiania stacyjki, czyli bez zapłonu. No, trochę się uspokoiłam.
Egzamin mam na 13.00. Z pracy wyszłam o 11.30. Ciągle padał deszcz. Do WORDU zajechałam parę minut po 12.00. Stanęłam sobie przy wyjeździe i obserwowałam wyjeżdżające na egzamin samochody. Potem poszłam do poczekalni. Siedziały tam dwie młode dziewczyny. Jedna z obrazkami ilustrującymi przełączniki świateł denerwowała się, że nie umie tego zapamiętać.
- Niech się pani nie denerwuje, - próbowałam ją uspokoić - na placu sobie pani wszystko przypomni, to akurat nie jest trudne - Boże! Jaka ja jestem tu mądra, a sama dygocę ze strachu
- Tak, tak, ja już ósmy raz zdaję - dodała druga
- Egzaminatorzy mnie już znają, nawet mi się kłaniają - dodała ze śmiechem, po czym pokazując palcem na plac manewrowy dodała:
- O, widzi pani tego egzaminatora w marynarce? Bardzo sympatyczny. Na pierwszy rzut oka trochę szorstki, ale dobry człowiek i miły-
Pomyślałam, że dobrze byłoby trafić na niego. Miło porozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas.
Kiedy wywołali nas o 13.00 do barierki przestało padać i wyszło słońce.
- To dobry znak - powiedziałam do moich nowych znajomych. I naprawdę poczułam, że to jakiś znak. Wyczytano moje nazwisko dosyć szybko. Podeszłam do miejsca oczekiwania na egzaminatora i tylko modliłam się, żeby mnie nie wylosowała egzaminatorka o bląd włosach. Nie wyglądała sympatycznie i nic dobrego o niej nie słyszałam. I w tym momencie podszedł do mnie ten egzaminator w marynarce. Wymienił moje nazwisko.
- To ja - odpowiedziałam uśmiechając się najmilej jak potrafię.
- Proszę za mną.
Podeszliśmy do samochodu. Tymczasem inny egzaminator patrząc na mnie spytał:
- Boi się pani?
- Staram się nie bać - odparłam ze śmiechem
- Niech się pani nie obawia, to najmilszy egzaminator, nie licząc mnie - dodał wesoło
Chciałam mu odpowiedzieć, że może kiedyś będę miała okazję się o tym przekonać, ale nie chciałam zapeszać. Wsiadłam więc do samochodu, dopełniłam formalności, a kiedy egzaminator przedstawił się to znowu się ucieszyłam. To ten sam, u którego w zeszłym tygodniu zdawała moja znajoma. Zdała u niego, a to był jej ósmy egzamin. A ona nie mogła się nachwalić tego egzaminatora. Poczułam, że mogę dzisiaj zdać.
Wylosowałam kierunkowskazy i płyn hamulcowy. Poradziłam sobie bez problemu. A potem zrobiłam łuk! Dobrze go zrobiłam.Elegancko wjechałam przodem, wręcz idealnie, więc cofanie poszło gładko. Najgorzej było z końcówką, bo prawa noga latała mi jak szalona i już myślałam, że nad nią nie dam rady zapanować, ale udało mi się. Potem zaliczyłam górkę, musiałam ją powtórzyć bo mi silnik zgasł. A potem usłyszałam:
- Proszę przygotować się do wyjazdu. Włączyłam więc światła mijania i ruszyłam przed siebie. Czułam, że jestem na twarzy czerwona jak burak, policzki paliły żywym ogniem. Bardzo się bałam, że mi zgaśnie silnik, ale złapałam o co w tym chodzi i nie gasł. Po prostu w "benzynowcu" trzeba najpierw lekko wdusić pedał gazu i dopiero puszczać sprzęgło. Jechałam w pełnym skupieniu wykonując po kolei polecenia egzaminatora. Pamiętałam o zmianie biegów, pilnowałam szybkościomierza. Płynnie zmieniałam i redukowałam biegi. Niestety zauważyłam, że zbliżamy się do wiaduktu, którego bardzo nie lubię. Krzyżują się tam drogi, tory tramwajowe i są korki. Cud się jednak stał i sobie poradziłam. Potem skręciliśmy w rejon spokojniejszy, ale trzeba było bardzo uważać na znaki. Dużo skrzyżowań nietypowych. No i na jednym z nich wykonałam manewr zawracania. Wyszedł mi. I chyba za bardzo się ucieszyłam, chyba odprężyłam się zanadto, bo zaraz wjechaliśmy na drogę trzy - pasmową ze światłami.
- Na najbliższym skrzyżowaniu będziemy skręcać w lewo - wydał polecenie egzaminator. I tu zrobiłam głupotę. Niepotrzebnie zjechałam z prawego pasa na lewy przygotowując się do skręcania w lewo. Z obu tych pasów mogłam skręcać. I zamiast już dokończyć skręt na lewym pasie, to ja nagle wjechałam bez ostrzeżenia na prawy zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Wiele nie brakowało a skasowałabym autko. Moja wina, okropny błąd, wiem o tym. Ale egzaminator był bardzo w porządku. Omówił ze mną całą jazdę. Powiedział co mu się podobało, a nad czym powinnam jeszcze popracować. Nie stresował mnie, nie denerwował. Był rzeczowy i konkretny.
Podsumowując więc, dochodzę do wniosku, że nie mogę traktować dzisiejszego egzaminu jak porażki. To zdecydowanie jest mój duży sukces. Dziś uwierzyłam naprawdę, że mogę zdać. Po raz pierwszy właściwie poznałam jak wygląda egzamin w ruchu drogowym. Uporałam się z tym nieszczęsnym łukiem i wiem, że następnym razem też go zaliczę bo już wiem jak to zrobić. Jeździłam po mieście całe 20 minut.
środa, 5 maja 2010
Metodycznie czy "na czuja"?
Jak na razie to idę zgodnie z planem. Zapisałam się na egzamin dokładnie tak jak chciałam, na 10 maja. Ćwiczyłam z mężem parkowanie prostopadłe na parkingu. Ładuję się za kierownicę gdzie tylko mi pozwoli. Przepisy ruchu drogowego ćwiczę w każdej sytuacji. Nawet we śnie. Trochę mnie niepokoi, że zaczynam być uciążliwą pasażerką. Jeszcze trochę, a mąż odmówi wożenia mnie.
- Powinieneś zasygnalizować zamiar skrętu -
- a teraz trzeba zjechać do osi jezdni, i dlaczego ścinasz ten zakręt? - takie i podobne uwagi coraz częściej padają podczas jazdy z moich ust.
Mało tego, każdy nieomal temat potrafię sprowadzić do nauki jazdy. To już jest jak jakaś obsesja. Czuję się jednak wspierana przez bliskich.
Dziś po pracy Basia już na mnie czekała.
- Musisz jeździć, bo zaraz masz egzamin - oświadczyła i pojechałyśmy na plac manewrowy. Boże, ja muszę zdać ten egzamin choćby ze względu na Basię. Ona we mnie naprawdę wierzy.
Na placu podeszłam spytać o zgodę na jeżdżenie jakiegoś przypadkowego instruktora. Przedstawiłam się, powiedziałam, że jestem kursantką pana Jurka i on pozwolił mi pojeździć. Poopowiadałam mu, że mam problem z tym paskudnym łukiem.
Instruktor okazał się być bardzo życzliwym człowiekiem,
- Niech pani wsiada i zajmuje miejsce na łuku. Zaraz pani coś pokażę.- powiedział
Ucieszona zajęłam miejsce w kopercie i wrzuciłam wsteczny bieg. A pan podszedł i poskładał mi lusterka.
-Oj, jak ja teraz mam jechać? Przecież nie widzę gdzie są linie bez tych lusterek? - trochę się zirytowałam.
- Ha! I o to chodzi. Pani jeździ na lusterka, a trzeba korzystać z tylnej szyby.-
Pomyślałam sobie: - trudno, gość jest chętny do pomocy, to nie będę marudzić.-
I przystąpiłam do wykonywania manewru. Powolutku ruszyłam, obrót kierownicą o 360 stopni i... no i co teraz? kiedy mam prostować koła jak nie widzę kiedy będą równolegle ustawione do linii?
Instruktor kazał mi się zatrzymać.
- Proszę spojrzeć przez tylną szybę. Jak zobaczy pani środkowy pachołek przed swoim zagłówkiem to trzeba odkręcić kierownicę i powoli cofać. Musi być wtedy dobrze.-
Zastosowałam się do jego wskazówek i o dziwo, udało się. Powtórzyłam manewr jeszcze kilka razy i za każdym razem wyszło. Problem polega tylko na tym, że trochę krótka jestem i skręcam się z całej siły żeby ta moja głowa zechciała widzieć co jest z tyłu, a tyłek w tym czasie spoczywał na siedzeniu. No ale cóż, jeśli ta metoda ma zadziałać, to mogę się wykręcać jak śrubokręt i dostać jeszcze skrętu karku. Co mi tam!
Basia była zachwycona.
- Wychodzi ci pierwszorzędnie! No, teraz jestem o ciebie spokojna.-
Ćwiczyłam sumiennie tą metodą całą godzinę. Załapałam o co w niej chodzi. Problem stanowi tylko korygowanie toru jazdy do tyłu w sytuacji, gdy mam ustawić się odpowiednio do środkowego pachołka. Nigdy nie wiem, w którą stronę kręcić kierownicą.
No i teraz mam dylemat: którą metodę ostatecznie wybrać? Czy mam jechać na lusterka? Na czuja? Czy na tylną szybę? Bo jak zastosuję wszystkiego po trochę, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. A od nadmiaru wiedzy głowa może rozboleć. Myślę, że pan Jurek mi podpowie co zrobić, a jazda z nim już za dwa dni.
- Powinieneś zasygnalizować zamiar skrętu -
- a teraz trzeba zjechać do osi jezdni, i dlaczego ścinasz ten zakręt? - takie i podobne uwagi coraz częściej padają podczas jazdy z moich ust.
Mało tego, każdy nieomal temat potrafię sprowadzić do nauki jazdy. To już jest jak jakaś obsesja. Czuję się jednak wspierana przez bliskich.
Dziś po pracy Basia już na mnie czekała.
- Musisz jeździć, bo zaraz masz egzamin - oświadczyła i pojechałyśmy na plac manewrowy. Boże, ja muszę zdać ten egzamin choćby ze względu na Basię. Ona we mnie naprawdę wierzy.
Na placu podeszłam spytać o zgodę na jeżdżenie jakiegoś przypadkowego instruktora. Przedstawiłam się, powiedziałam, że jestem kursantką pana Jurka i on pozwolił mi pojeździć. Poopowiadałam mu, że mam problem z tym paskudnym łukiem.
Instruktor okazał się być bardzo życzliwym człowiekiem,
- Niech pani wsiada i zajmuje miejsce na łuku. Zaraz pani coś pokażę.- powiedział
Ucieszona zajęłam miejsce w kopercie i wrzuciłam wsteczny bieg. A pan podszedł i poskładał mi lusterka.
-Oj, jak ja teraz mam jechać? Przecież nie widzę gdzie są linie bez tych lusterek? - trochę się zirytowałam.
- Ha! I o to chodzi. Pani jeździ na lusterka, a trzeba korzystać z tylnej szyby.-
Pomyślałam sobie: - trudno, gość jest chętny do pomocy, to nie będę marudzić.-
I przystąpiłam do wykonywania manewru. Powolutku ruszyłam, obrót kierownicą o 360 stopni i... no i co teraz? kiedy mam prostować koła jak nie widzę kiedy będą równolegle ustawione do linii?
Instruktor kazał mi się zatrzymać.
- Proszę spojrzeć przez tylną szybę. Jak zobaczy pani środkowy pachołek przed swoim zagłówkiem to trzeba odkręcić kierownicę i powoli cofać. Musi być wtedy dobrze.-
Zastosowałam się do jego wskazówek i o dziwo, udało się. Powtórzyłam manewr jeszcze kilka razy i za każdym razem wyszło. Problem polega tylko na tym, że trochę krótka jestem i skręcam się z całej siły żeby ta moja głowa zechciała widzieć co jest z tyłu, a tyłek w tym czasie spoczywał na siedzeniu. No ale cóż, jeśli ta metoda ma zadziałać, to mogę się wykręcać jak śrubokręt i dostać jeszcze skrętu karku. Co mi tam!
Basia była zachwycona.
- Wychodzi ci pierwszorzędnie! No, teraz jestem o ciebie spokojna.-
Ćwiczyłam sumiennie tą metodą całą godzinę. Załapałam o co w niej chodzi. Problem stanowi tylko korygowanie toru jazdy do tyłu w sytuacji, gdy mam ustawić się odpowiednio do środkowego pachołka. Nigdy nie wiem, w którą stronę kręcić kierownicą.
No i teraz mam dylemat: którą metodę ostatecznie wybrać? Czy mam jechać na lusterka? Na czuja? Czy na tylną szybę? Bo jak zastosuję wszystkiego po trochę, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. A od nadmiaru wiedzy głowa może rozboleć. Myślę, że pan Jurek mi podpowie co zrobić, a jazda z nim już za dwa dni.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
