poniedziałek, 10 maja 2010

Porażka czy sukces?

Źle spałam, jak zwykle przed egzaminem. Całą siłą woli opanowywałam emocje, żeby nie spanikować. Wieczorem poprosiłam córkę, żeby sprawdziła jaka będzie pogoda jutrzejszego dnia.
- Mamo, nie ma takiej potrzeby. Masz egzamin więc to jasne, jutro od rana będzie lało- stwierdziła Malwina
No i wykrakała. O siódmej rano obudził mnie potężny deszcz. Wstałam i od razu wpadłam w panikę: - przecież ja nie umiem włączać wycieraczek! - koszmar jakiś, znowu mam oblać i to z takiej głupoty? Na szczęście idę rano do pracy, a tam będzie Basia i jej Clio. Poproszę żeby mi pokazała jak się włącza te wycieraczki.
Wpadłam do sekretariatu.
- Gdzie Basia? -
- Na lekcji, a co się stało? - spytała zdenerwowana Dorotka
- Nic, jeszcze nic. Musi mi pokazać jak się włącza wycieraczki.
Wszyscy w sekretariacie ze współczuciem spojrzeli na mnie.
- Oj, niech już pani w końcu zda ten egzamin, bo my już nerwowo nie wytrzymujemy.-
Basia na przerwie poszła ze mną na parking. Pokazała jak działają przełączniki od wycieraczek. Przećwiczyłam jeszcze światła, sprawdziłam, które można włączać bez uruchamiania stacyjki, czyli bez zapłonu. No, trochę się uspokoiłam.
Egzamin mam na 13.00. Z pracy wyszłam o 11.30. Ciągle padał deszcz. Do WORDU zajechałam parę minut po 12.00. Stanęłam sobie przy wyjeździe i obserwowałam wyjeżdżające na egzamin samochody. Potem poszłam do poczekalni. Siedziały tam dwie młode dziewczyny. Jedna z obrazkami ilustrującymi przełączniki świateł denerwowała się, że nie umie tego zapamiętać.
- Niech się pani nie denerwuje, - próbowałam ją uspokoić - na placu sobie pani wszystko przypomni, to akurat nie jest trudne - Boże! Jaka ja jestem tu mądra, a sama dygocę ze strachu
- Tak, tak, ja już ósmy raz zdaję - dodała druga
- Egzaminatorzy mnie już znają, nawet mi się kłaniają - dodała ze śmiechem, po czym pokazując palcem na plac manewrowy dodała:
- O, widzi pani tego egzaminatora w marynarce? Bardzo sympatyczny. Na pierwszy rzut oka trochę szorstki, ale dobry człowiek i miły-
Pomyślałam, że dobrze byłoby trafić na niego. Miło porozmawiałyśmy jeszcze jakiś czas.
Kiedy wywołali nas o 13.00 do barierki przestało padać i wyszło słońce.
- To dobry znak - powiedziałam do moich nowych znajomych. I naprawdę poczułam, że to jakiś znak. Wyczytano moje nazwisko dosyć szybko. Podeszłam do miejsca oczekiwania na egzaminatora i tylko modliłam się, żeby mnie nie wylosowała egzaminatorka o bląd włosach. Nie wyglądała sympatycznie i nic dobrego o niej nie słyszałam. I w tym momencie podszedł do mnie ten egzaminator w marynarce. Wymienił moje nazwisko.
- To ja - odpowiedziałam uśmiechając się najmilej jak potrafię.
- Proszę za mną.
Podeszliśmy do samochodu. Tymczasem inny egzaminator patrząc na mnie spytał:
- Boi się pani?
- Staram się nie bać - odparłam ze śmiechem
- Niech się pani nie obawia, to najmilszy egzaminator, nie licząc mnie - dodał wesoło
Chciałam mu odpowiedzieć, że może kiedyś będę miała okazję się o tym przekonać, ale nie chciałam zapeszać. Wsiadłam więc do samochodu, dopełniłam formalności, a kiedy egzaminator przedstawił się to znowu się ucieszyłam. To ten sam, u którego w zeszłym tygodniu zdawała moja znajoma. Zdała u niego, a to był jej ósmy egzamin. A ona nie mogła się nachwalić tego egzaminatora. Poczułam, że mogę dzisiaj zdać.
Wylosowałam kierunkowskazy i płyn hamulcowy. Poradziłam sobie bez problemu. A potem zrobiłam łuk! Dobrze go zrobiłam.Elegancko wjechałam przodem, wręcz idealnie, więc cofanie poszło gładko. Najgorzej było z końcówką, bo prawa noga latała mi jak szalona i już myślałam, że nad nią nie dam rady zapanować, ale udało mi się. Potem zaliczyłam górkę, musiałam ją powtórzyć bo mi silnik zgasł. A potem usłyszałam:
- Proszę przygotować się do wyjazdu. Włączyłam więc światła mijania i ruszyłam przed siebie. Czułam, że jestem na twarzy czerwona jak burak, policzki paliły żywym ogniem. Bardzo się bałam, że mi zgaśnie silnik, ale złapałam o co w tym chodzi i nie gasł. Po prostu w "benzynowcu" trzeba najpierw lekko wdusić pedał gazu i dopiero puszczać sprzęgło. Jechałam w pełnym skupieniu wykonując po kolei polecenia egzaminatora. Pamiętałam o zmianie biegów, pilnowałam szybkościomierza. Płynnie zmieniałam i redukowałam biegi. Niestety zauważyłam, że zbliżamy się do wiaduktu, którego bardzo nie lubię. Krzyżują się tam drogi, tory tramwajowe i są korki. Cud się jednak stał i sobie poradziłam. Potem skręciliśmy w rejon spokojniejszy, ale trzeba było bardzo uważać na znaki. Dużo skrzyżowań nietypowych. No i na jednym z nich wykonałam manewr zawracania. Wyszedł mi. I chyba za bardzo się ucieszyłam, chyba odprężyłam się zanadto, bo zaraz wjechaliśmy na drogę trzy - pasmową ze światłami.
- Na najbliższym skrzyżowaniu będziemy skręcać w lewo - wydał polecenie egzaminator. I tu zrobiłam głupotę. Niepotrzebnie zjechałam z prawego pasa na lewy przygotowując się do skręcania w lewo. Z obu tych pasów mogłam skręcać. I zamiast już dokończyć skręt na lewym pasie, to ja nagle wjechałam bez ostrzeżenia na prawy zajeżdżając drogę innemu kierowcy. Wiele nie brakowało a skasowałabym autko. Moja wina, okropny błąd, wiem o tym. Ale egzaminator był bardzo w porządku. Omówił ze mną całą jazdę. Powiedział co mu się podobało, a nad czym powinnam jeszcze popracować. Nie stresował mnie, nie denerwował. Był rzeczowy i konkretny.
Podsumowując więc, dochodzę do wniosku, że nie mogę traktować dzisiejszego egzaminu jak porażki. To zdecydowanie jest mój duży sukces. Dziś uwierzyłam naprawdę, że mogę zdać. Po raz pierwszy właściwie poznałam jak wygląda egzamin w ruchu drogowym. Uporałam się z tym nieszczęsnym łukiem i wiem, że następnym razem też go zaliczę bo już wiem jak to zrobić. Jeździłam po mieście całe 20 minut.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz