Co jest ze mną nie tak? Mam wrażenie, że zamiast się rozwijać, to ja cofam się w rozwoju. Sześć zawalonych egzaminów. Normalny człowiek powiedziałby sobie, że dosyć, że widać nie mam do tego predyspozycji. I czas się wycofać. A ja nie umiem. Dręczę się, czuję, że jestem potwornie zmęczona tą całą sytuacją. Nie śpię po nocach, ciągle analizuję co jest ze mną nie tak. Dziś po raz pierwszy płakałam kiedy wychodziłam z WORDU. Za tydzień minie pół roku od egzaminu teoretycznego i będę musiała go powtórzyć. Dopiero w niedzielę dostanę zaświadczenie, że wykupiłam obowiązkowe jazdy doszkalające. Boże, ja już mam tyle godzin wyjechanych, że mogłabym na samolotach latać! I co? Nie umiałam dziś włączyć światła przeciwmgłowego. Jak ostatnia kretynka. Siedziałam w samochodzie i prawie ryczałam z bezsilności. To jest okropne. Do głowy mi nie przyszło, że najpierw muszę włączyć światła mijania. Przecież gdybym w normalnych warunkach musiała włączyć te cholerne światło, to bym to zrobiła bez żadnego problemu, bo wiem, gdzie ono jest i jak się je włącza. Światła mijania przecież byłyby już włączone. Głupota czy zaćmienie umysłowe? Sama nie wiem, ale coraz częściej odpowiadam sobie, że to po prostu moja głupota. Tak, że dziś oblałam już po 5 minutach, bo tyle miałam czasu na wykonanie pierwszego zadania, czyli omówienia wylosowanego rodzaju światła i płynu. Oblałam nie włączając nawet silnika. Tylko co to ma wspólnego z jeżdżeniem? Moja głupota to jedno, a procedura egzaminacyjna to druga głupota.
- Ma pani prawo do kontynuowania egzaminu, ale wynik i tak jest negatywny. Czy chce pani kontynuować? - spytał beznamiętnie egzaminator
- Tak, chcę dalej kontynuować- sama nie wierzyłam, że to mówię. - Po jaką cholerę chcę się dalej umartwiać? Powinnam trzasnąć drzwiami i powiedzieć, że ja już pasuję - ale nie, ja dalej chce się dręczyć, choć jestem zła, załamana, zaryczana i bez żadnej motywacji. Zrobiłam więc łuk, potem zaliczyłam górkę, a potem wyjechałam na miasto.
- A co, zapłaciłam za ten egzamin. To przynajmniej wykorzystam czas, za który zapłaciłam. -
Ten egzaminator był młodym człowiekiem, beznamiętnie wydawał mi polecenia, nie komentował, nie wyrażał żadnych uczuć. Więc ja też starałam się beznamiętnie stosować do jego poleceń. Silnik mi dziś nie gasł, to chyba jedyna dobra strona dzisiejszego egzaminu. Trudno było mi jednak skoncentrować się. Cały czas o tych światłach myślałam. Jechaliśmy znaną mi trasą. Tą samą, która jechałam pierwszy raz. No i chyba dlatego na jednym skrzyżowaniu znowu nie posłuchałam polecenia.
- Na skrzyżowaniu proszę skręcić w prawo - powiedział egzaminator. Przeanalizowałam sytuację zwracając uwagę na to, która droga jest główna, przepuściłam samochody nadjeżdżające z prawej, a potem włączyłam lewy kierunkowskaz i skręciłam w lewo pakując się na główną i wymuszając pierwszeństwo. Dobrze chociaż, że właściwy kierunkowskaz włączam.Egzaminator dał po hamulcach, spokojnie powiedział gdzie mam podjechać i zamienił się ze mną miejscami. Żadnych uwag, żadnych komentarzy. Mnie już i tak było wszystko jedno. Wolę jednak jak egzaminator ma bardziej ludzkie odruchy, niechby nawet trochę krzyknął. A ten był jak jakiś GPS. Zabrałam swoją kartę egzaminacyjna i rycząc krokodylowymi łzami poszłam na parking. Mąż nawet nie pytał co się stało.
wtorek, 18 maja 2010
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz