wtorek, 9 marca 2010

Do trzech razy sztuka?

Druga jazda w poniedziałek przed trzecim egzaminem to był prawdziwy koszmar. Instruktor ma mnie chyba powyżej dziurek od nosa. Nie mogę powiedzieć żeby wrzeszczał na mnie. To raczej był "krzyk wewnętrzny". I najgorsze, że on ma rację. Pytam o rzeczy oczywiste, zapominam, na którym biegu jadę. Ale on swoimi komentarzami też mi nie pomaga. Poza tym to w końcu jego praca, uczyć ludzi jeżdżenia.
- jak tak będzie jutro, to nie masz szans - słyszałam co chwila.
Gdybym to ja w pracy, w szkole tak się wkurzała na trudnych uczniów, to dopiero by się narobiło!
A myślałam, że będzie lepiej, bo w sobotę i niedzielę jeździłam z mężem nad Odrą naszym samochodem. I dobrze mi szło. Górkę robiłam bez problemów, no, może tylko błotem pochlapałam szyby na początku nim wyczułam kiedy i ile tego gazu wciskać. Zawracałam, cofałam, skręcałam i pokonywałam wszystkie przeszkody. Naprawdę podobało mi się i myślałam, że to mi pomoże. Tymczasem po poniedziałkowej jeździe stwierdziłam, że dam sobie spokój. Nie chcę już więcej, nie dam rady. Na samo wspomnienie tej jazdy zaczynałam płakać. Najpierw w tramwaju, w drodze do pracy po skończonej jeździe zadzwonił rozentuzjazmowany maż
- no i jak? Lepiej ci poszło dzisiaj? - spytał
A ja nie byłam w stanie mu odpowiedzieć, bo zaczęłam ryczeć. Ludzie mi się przyglądali, wstyd jak nic.
Potem w pracy:
- No i jak pani poszło? - a ja w ryk znowu.
Po przyjściu do domu ta sama sytuacja, no bo dzieci zadały mi takie samo pytanie. Na samo wspomnienie mojego instruktora zalewałam się łzami. A egzamin już jutro i jeszcze jedna godzina jazdy z samego rana. Zadzwoniłam do żony instruktora.
- Aniu, ja nie dam rady, możesz ze mną jechać jutro?
Niestety, Ania nie mogła, ale obiecała, że będzie spokojnie. Trudno, jakoś to przeżyję, i dam sobie święty spokój z tą nauką i będę żyła dalej z tą porażką.
Było mi źle, smutno, beznadziejne. Wzięłam tabletkę nasenną i poszłam spać.
A dziś rano wstałam, zjadłam śniadanie, wypiłam podwójną herbatkę z melisy i połknęłam tabletkę persenu. Drugą spakowałam do torebki, tak na wszelki wypadek. Spakowałam też do siatki małą poduszeczkę (na wypadek gdybym znowu trafiła na samochód bez regulacji wysokości fotela), kanapkę z szynką i wodę do picia. Poszłam na 8.00 na jazdę z nadzieją, że Ania jednak przyjedzie. No i znowu rozczarowanie. Samochód podjechał, ale w środku nie było Ani, tylko mój instruktor.
- minę masz nietęgą - zagadnął dość przyjaźnie
- bo też nietęgo się czuję
- postaram się być miły, ale ty też się postaraj nie robić
takich podstawowych błędów
I w nastroju rozejmu rozpoczęliśmy jazdę. Nie było ani lepiej, ani gorzej z moimi umiejętnościami, ale było spokojnie i bardzo kulturalnie. Po godzinie pożegnaliśmy się i pojechałam na egzamin.
Miałam trochę czasu, usiadłam więc spokojnie w poczekalni. Tam zawsze panuje atmosfera jak przed egzekucją. Cisza, napięcie. Wzrok oczekujących utkwiony w wielkim oknie, za którym widać plac manewrowy i mękę egzaminowanych. Nie zamierzałam się temu przyglądać. Usiadłam, wyjęłam z siatki kanapkę, wodę i moją tabletkę "na spokój". Zaczęłam spokojnie jeść, popijając suchą kanapkę wodą. Połknęłam drugą tabletkę, może mi pomoże? Obserwowałam innych ludzi. Byłam chyba najstarsza. Sami młodzi, tak samo przerażeni wszyscy. Co chwilę przez głośniki wyczytywano nazwisko innego skazańca, który z westchnieniem wstawał i wychodził punktu, w którym oczekuje się na swojego "egzekutora". Wszyscy żegnaliśmy takiego delikwenta spojrzeniem pełnym współczucia.
W pewnym momencie wyczytano moje nazwisko. Żeby tylko. Wyczytano moje pierwsze imię i drugie imię, i z osobna każdy z dwóch członów mojego nazwiska (komuś chyba strasznie wesoło tam z drugiej strony głośnika było).Inni oczekujący uśmiechali się pod nosem. Bo to komicznie zabrzmiało i mnie również rozśmieszyło. Więc ze spokojem spakowałam niedojedzoną kanapkę, popiłam wodą i wstając powiedziałam
- no, zapomnieli jeszcze dodać, że od bierzmowania mam jeszcze jedno imię, Bernadetta, żeby było śmieszniej.
Żegnały mnie przyjazne spojrzenia pozostałych współbraci egzaminu państwowego na prawo jazdy gdy szłam w stronę placu.
I na tym w zasadzie mogłabym poprzestać odsyłając ewentualnych czytelników do jednego z poprzednich rozdziałów. Bo znowu sytuacja się powtórzyła. Łuk, tył samochodu poza linią, ponowna szansa i ...zwalony pachołek. Tym razem na zakręcie. Znam już trzech egzaminatorów, ciekawe ilu ich jest? No i w dalszym ciągu nie udało mi się wyjechać z placu manewrowego.
Wychodziłam jednak z WORDU lekko, z uśmiechem i wielką ulgą.
- No, mam na jakiś czas spokój - Teraz muszę opracować jakąś strategię na przyszłość. Bo wiem, że wczorajszy dzień był tylko kryzysem. Zdam w końcu kiedyś ten cholerny egzamin i właśnie, że będę jeździć sama samochodem i to ze skrzynią biegów manualną a nie automatyczną, jak radzi mój instruktor! Tylu bliskich mi ludzi mimo wszystko wierzy we mnie nadal, nie mogę ich zawieźć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz