Na pierwszy egzamin pojechałam razem z mężem. Specjalnie zwolnił się z pracy żeby mi dodać otuchy i wiary we własne siły.
W przeddzień egzaminu powtarzałam wszystkie światła samochodowe i płyny ustrojowe jakie w nim płyną. Nawet się pokłóciłam z mężem bo nie umiał mi wytłumaczyć gdzie się włącza światła postojowe. Kompletnie nie mógł zrozumieć o co ja go pytam? Jak już przestał się wściekać, to zeszliśmy do samochodu i włączył te nieszczęsne światła. No i o to mi chodziło. Faktycznie, nie pomyślałam, że jak włączam światła mijania to najpierw włączam postojowe. Teraz już mogę spokojnie wylosować na egzaminie te światła. A swoją drogą jaki to ma sens: losować jedne światła i je omawiać i jeszcze pokazywać? Przecież jak już się je włączy, to tylko ślepy nie umiałby ich zobaczyć.
Trochę też się niepokoiłam co ja mam powiedzieć na temat płynu do spryskiwaczy gdybym go wylosowała? To trochę głupie: omówić płyn do spryskiwaczy.
Jestem pełna podziwu dla mojego męża. On naprawdę wierzy, że ja zdam ten egzamin za pierwszym podejściem. Chyba tylko on w to wierzy. Wiara podobno czyni cuda, więc może zdarzy się cud?
W dniu egzaminu pogoda była paskudna. Zimno, mokro i deszcz padał. Na ulicach zaspy śniegu, chlapa, szkoda słów. Będzie co ma być.
Egzamin miał być na 8.00. Do WORDU przyjechaliśmy jakieś pół godziny przed czasem. Weszliśmy do poczekalni. Kilka osób oczekujących na egzamin w towarzystwie wspierających. Mąż kopnął mnie delikatnie "na szczęście" (jak studiowałam, to kopniaki przed egzaminem sprawdzały się, zawsze zdawałam) i powiedział, że wróci za jakąś godzinę.
- Ty naprawdę myślisz, że ja się godzinę utrzymam na egzaminie? Jak mnie nie obleją po 15 minutach to będzie dobrze - zaśmiałam się
O 8.00 przyszedł koordynator egzaminów i nas poinformował o całej procedurze i czekających nas zadaniach. Nie musiałam oczekiwać długo na swoją kolejkę. Podeszłam do wyznaczonego miejsca i czekałam aż podejdzie do mnie egzaminator.
Na pierwszy rzut oka wydał mi się miłym człowiekiem. Jaki był w rzeczywistości, tego niestety nie miałam możliwości sprawdzić, bo zbyt szybko się rozstaliśmy. Kiedy już sprawdził, że ja to ja, to dał mi do wylosowania te nieszczęsne płyny i światła. Nie było tak źle. Wylosowałam płyn olejowy i światła mijania. Proste. Bezbłędnie wykonałam zadanie. Nawet maskę umiałam podnieść sama.
Potem wsiadłam do samochodu
-Proszę przygotować się do jazdy - poinstruował mnie egzaminator
Wiedziałam co mam zrobić. Najpierw podnieść do oporu fotel. Bo jestem krótka bardzo osoba. I tu zdziwienie. Fotel się nie podnosi. Wiem więc, że muszę opuścić sobie kierownicę. Zrobiłam to, ale co z tego że mi kierownica nie zasłania, jak widzę tylko przez górną część szyby. Trudno, następnym razem wezmę poduszeczkę. Dobrze chociaż, że mogę dosunąć sobie fotel maksymalnie do przodu. I tak ledwo sięgam nogami do pedałów. Ustawiłam lusterka, zapięłam pasy, uruchomiłam silnik, zwolniłam hamulec, teraz jedynka. Moje serce waliło jak dzwon (tak powinnam napisać gdyby to była literatura romansowa. Ale waliło, naprawdę). Sprzęgło, gaz i powoli ruszam do przodu. Prosto, prościutko..., teraz zakręt, kierownica pół skrętu, przy następnym pachołku drugie pół. Jest, udało mi się pokonać łuk. Jadę idealnie, samym środkiem pasa. Zaraz wjadę do koperty co udaje garaż..., już jestem, teraz trzeba zahamować i... i walę prawą nogą w pedał gazu do dechy! Pachołek leży, co tam pachołek, dobrze, że za nim wielka kupa śniegu była bo na płocie bym się zatrzymała. A egzaminator wcale nie okazuje emocji. Wsiada do samochodu spokojnie
- wie pani, że to już koniec?
- ile minut trwał mój egzamin? - pytam
- sześć
- i nie mogę nawet spróbować dokończyć tego manewru? - pytam dość naiwnie, ale on taki spokojny, co mi zależy spytać?
- no, niestety, pani zagraża bezpieczeństwu na drodze
Podziękowałam, wzięłam kartę egzaminacyjną i wyszłam przed plac. Oczywiście męża jeszcze nie było. Żaden egzamin, nawet najgorszy, nie kończy się po sześciu minutach więc jeszcze nie wrócił. Poszłam więc do kasy zapłacić za następny termin. Kiedy mój mąż mnie tam znalazł był prawdziwie niepocieszony. No cóż, dobrze, że nie komentował mojego błędu, sama wiem co zrobiłam. Pierwsze koty za płoty.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz