piątek, 6 kwietnia 2012

Zawsze można w prawo

No i stało się to, co musiało się w końcu kiedyś stać.
Dzień jak co dzień. Wyjechałam raniutko z podwórka. 6.30 to moja stała pora ruszania do szkoły od czasu jak jeżdżę autkiem. Ciekawe, myślałam że jak będę jeździć samochodem to dłużej rano pośpię, bo nie będę uzależniona od komunikacji miejskiej. Tymczasem teraz wychodzę z domu o dobre półtora godziny wcześniej niż dawniej żeby uniknąć korków i żeby mi żaden rodzic przywożący swoją pociechę do szkoły lub przedszkola nie zajechał wjazdu na parking. No więc jadę sobie pomalutku, ziewam, włączam drugi, trzeci bieg i w końcu ląduję na głównej drodze. Zbliżam się do świateł. Duże skrzyżowanie, a ja jestem na podporządkowanej. W radiu poranne wiadomości, miła muzyczka budząca mnie ze snu. I nagle…senność mnie opuszcza całkowicie. Czuję jak włosy podnoszą się na głowie. Cholerny atawizm wystraszonego zwierzęcia. No tak, kiedyś musiało się to przytrafić także mnie. Awaria świateł. Zmora, której bałam się od początku.
- Spokojnie – myślę sobie – dasz radę, wjedziesz na to skrzyżowanie, pomalutku, tak jak wszyscy.
- Nie! W życiu nie wjadę! – kłębią się tam tiry, tramwaje, autobusy, a pomiędzy nimi osobowe.
Przecież jeśli ja tam jeszcze wjadę to zakorkuję to towarzystwo na sto procent. Wyniosą mnie na taczkach, stratują i wyzwą! I będą mówić, że głupia baba tamuje ruch! Nie, nie dam rady.
Więc co robię? Bez namysłu zjeżdżam na pas do skrętu w prawo. Na szczęście przypomniało mi się jak kiedyś koleżanka mówiła co robi jak trafi na awarię świateł.
- Kochana! Jedno wyjście wtedy tylko masz. Skręcasz w prawo i uciekasz z cholernego skrzyżowania nim cię zatrąbią paskudni faceci. Ja zawsze tak robię!-
No więc zjechałam na pas do skrętu dziękując w duchu Danusi, że tak mi kiedyś doradziła i w cieniu dużego tira pojechałam w prawo.
- Ok, dobra, młyn na skrzyżowaniu mam już za sobą. Ale co dalej? Jak mam dojechać do mojej szkoły? Jadę przecież w przeciwnym kierunku. Jakoś muszę złapać właściwy kierunek jazdy.
Tak więc dojechałam do ronda, które wcale nie jest rondem. Jakoś udało mi się je przejechać i skręcić znowu w prawo, a potem w lewo i dojechać do mojej trasy omijając szerokim łukiem cały korek spowodowany brakiem świateł. Odetchnęłam z ulgą.
- Udało mi się! Poradziłam sobie całkiem dobrze –
Wcale nie miałam wyrzutów sumienia. Zaraz po przyjechaniu do pracy zadzwoniłam do męża.
- Kochanie! A wiesz, nie było dziś świateł na Powstańców!-
- Super, dałaś sobie radę na skrzyżowaniu bez świateł. Widzisz, to nie jest trudne mąż był chyba dumny ze mnie
- Coś ty! Skręciłam w prawo i pojechałam bokiem! Dałam sobie radę-
- No tak, dałaś…choć nie zupełnie tak, jak to sobie wyobraziłem…
Chyba był zawiedziony, ale tak w zasadzie to nie wiem dlaczego? Najważniejsze, że pokonałam swój strach i nie zostawiłam na środku skrzyżowania mojej Renki? No i dojechałam do celu a nie zawróciłam. Choć prawdę mówiąc to nie bardzo było jak zawrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz